|
sobota, 21 listopada 2009
Marzeniem Ameryki jest to, by Afgańczycy sami zaczęli walczyć z talibami. Podobnie jak w Iraku, ważnym krokiem w kierunku zduszenia rebelii, a na pewno w kierunku zmniejszenia liczby amerykańskich ofiar, byłoby stworzenie plemiennych milicji. Uzbrojone oraz zorganizowane plemiona tworzyłyby pierwszą linię frontu walki z rebelią. W Iraku lokalne społeczności zostały zorganizowane w ramach ruchu „Przebudzenie” (Awakening), opłacanego początkowo przez USA, a teraz przez rząd iracki. Bojownicy ruchu, przedtem strzelający do Amerykanów, gdy otrzymali pieniądze oraz szansę na bardziej unormowane życie, dość chętnie zaczęli strzelać do rebeliantów oraz terrorystów. Liczba ofiar amerykańskich drastycznie spadła. Wśród specjalistów zdania są jednak podzielone co do tego, czy w Afganistanie sprawdzą się rozwiązania z powodzeniem przetestowane w Iraku. Jak mobilizować Afgańczyków do walki z talibami?
piątek, 20 listopada 2009
Władze Burundi na przełomie listopada i października zorganizowały specjalną akcję, w ramach której zachęcały obywateli od zdawania posiadanej broni w zamian za atrakcyjne przedmioty. Kto oddał broń lub amunicję, otrzymywał telefon komórkowy albo materiały budowlane czy narzędzia rolnicze. W trakcie 10 dniowej akcji zdano prawie 3 tys. karabinów i pistoletów, ponad 700 tys. sztuk amunicji, 10 i pół tysiąca granatów oraz 24 miny. Na początku lat ’90-ych XX wieku przez Burundi przetoczyła się krwawa wojna domowa, w której zginęło 150 tys. ludzi. Mimo kilkuletnich wysiłków rządu oraz akcji rozbrajania ludności, w rękach prywatnych znajduje się jeszcze nie mniej niż 100 tys. sztuk rozmaitej broni Na podstawie Strategypage i Africagoodnews
Piraci z Somalii atakują coraz dalej od wybrzeży swojego kraju. Tankowiec pod banderą Hong-Kongu został zaatakowany 1000 mil morskich od Somalii, podaje EagleSpeak. Dwie jednostki pirackie ostrzelały statek z broni automatycznej oraz granatników ręcznych. Do zajęcia jednostki nie doszło, gdyż kapitan tankowca zwiększył prędkość oraz przeprowadził serię manewrów uniemożliwiających abordaż. Udało się natomiast porwanie innej jednostki pod banderą Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Nie ma pewności co do ładunku, jaki statek przewoził. Ekspert, na którego powołuje się agencja Reutera uważa, że statek łamiąc embargo międzynarodowe transportował broń do Somalii. Piraci z którymi telefonicznie rozmawiał Reuters potwierdzili przechwycenie ładunku oraz wyrazili przypuszczenie, że broń przeznaczona była dla rządu somalijskiego. Jednak inni piraci, którzy przez telefon rozmawiali z Voice of America, zaprzeczyli jakoby na statku znajdowała się broń. Statki handlowe coraz szerszym łukiem omijają wybrzeże Somalii a jeśli już muszą przepłynąć w pobliżu, wtedy poruszają się specjalnie wyznaczonym, chronionym korytarzem. Na dodatkowe zabezpieczenie swoich jednostek handlowych zdecydowali się Francuzi. Francuskie kutry rybackie w tym rejonie świata wyposażone są w uzbrojoną ochronę. Do tej pory już dwukrotnie otwierała ona ogień w kierunku atakujących piratów, którzy faktycznie rezygnowali z próby zajęcia statków (EagleSpeak). Trzy dni temu somalijscy piraci zwolnili hiszpański trawler Alakrana wraz z 36 osobową załogą. Statek został porwany w październiku a piraci domagali się od władz Hiszpanii zwolnienia dwóch swoich kompanów, którzy zostali schwytani przez siły specjalne tego kraju dzień po porwaniu statku. W zamian za zwolnienie trawlera wraz z załogą hiszpański rząd zapłacił okup ok. 3 milionów dolarów. Tymczasem wczoraj agencje poinformowały, że zmarł kapitan jeszcze innego tankowca porwanego w tym tygodniu przez piratów. Kapitan został postrzelony w trakcie ataku bandytów. Statek znajduje się na kursie w kierunku wybrzeży Somalii, okolicy miasta Haradere, jednego z gniazd piractwa somalijskiego. Na statku pod banderą Wysp Dziewiczych znajdowała się około 30 osobowa załoga złożona z Koreańczyków.
Na podstawie EagleSpeak, agencji Reutera, Voice of America i Modern Day Pirate Tales
Nie wiadomo jak skuteczne są ataki amerykańskich samolotów bezzałogowych w Pakistanie. Z jednej strony znana jest przybliżona liczba zabitych dowódców ruchu talibskiego i ważnych działaczy Al-Kaidy. Z drugiej jednak strony wielką niewiadomą jest liczba zabitych przy tej okazji cywilów, czyli wysokość strat ubocznych. Amerykańska i europejska opinia publiczna zapewne gotowa byłyby zaakceptować 10% strat ubocznych wśród pakistańskiej ludności. Gorzej, jeśli na każdego zabitego terrorystę lub bojownika przypadałoby 50 niewinnych ofiar. A taki jest rozrzut szacunków proponowanych przez znawców tematu. Bergen i Tiedemann na stronie The AfPak Channel zestawiają różne raporty nt skuteczności ataków samolotów bezzałogowych w Pakistanie i proponują własne liczby. Swoje szacunki tworzyli analizując relacje wiarygodnych amerykańskich mediów, co ważne, posiadających zdolność zbierania informacji w Pakistanie (nie jest to regułą) oraz pakistańskich mediów anglojęzycznych. Orientacyjna liczba cywilnych ofiar ubocznych amerykańskich ataków bezzałogowców od 2006 roku, zdaniem Bergena i Tiedemann to między 260 a 320 osób. Ogólna liczba zabitych przez bezzałogowce, zdaniem cytowanego duetu, waha się w granicach 760 – 1000 ludzi. Bill Roggio na stronach Long War Journal proponuje zupełnie inne dane. Jego zdaniem z upływem czasu poprawia się skuteczność Predatorów czy Reaperów i ofiary uboczne dziś stanowią mniej niż 10% ogólnej liczby zabitych, co daje liczbę 94 ofiar. LWJ zakłada więc, że ogólna liczba zabitych wyniosłaby 979. Bergen i Tiedemann przypominają także tekst New York Times’a z maja tego roku, napisany przez dwójkę byłych wojskowych, specjalistów w dziedzinie zwalczania rebelii (counterinsurgency). David Kilcullen i Andrew Exum (autor wpływowego bloga Abu Muqawama) dzielą się czytelnikami założeniem, że poziom skuteczności ataków w istocie może być b. niski i możliwa liczba 50 ofiar cywilnych ofiar na jednego zabitego taliba. Zwracają też uwagę na fakt sporej szkodliwości propagandowej tych ataków. W istocie w Pakistanie zaledwie 9% obywateli uważa amerykańskie ataki za uzasadnione. Powszechna natomiast jest ocena, że ta zbrojna ingerencja w wewnętrzne sprawy pakistańskie jest dowodem amerykańskiego lekceważenia suwerenności Pakistanu i nierównego traktowania. Exum i Kilcullen zauważają również, że w takim kontekście społecznym każdy udany atak de facto produkuje kolejnych buntowników i radykałów, pragnących zemsty na USA oraz podporządkowanemu jej rządowi Pakistanu. Na podstawie AfPak Channel oraz Long War Journal
czwartek, 19 listopada 2009
Najbardziej skorumpowanymi państwami na świecie, zdaniem samych obywateli tych krajów są Somalia, Afganistan, Birma (Myanmar), Sudan oraz Irak. Najmniej skorumpowane są Nowa Zelandia, Dania, Singapur, Szwecja i Szwajcaria. Organizacja Transparency International opublikowała coroczny ranking utworzony na podstawie zagregowanych sondaży opinii publicznej. Mówiąc krótko, ranking pokazuje nie tyle stan faktyczny, ale to, jak sami ludzie oceniają korupcję. W pierwszej dziesiątce państw wszystkie poza Singapurem należą do kręgu kultury protestanckiej. Patrząc na pierwszą dziesiątkę najmniej skorumpowanych państw świata następujące czynniki sprzyjają małej korupcji: niezbyt duża liczba ludności, długa linia brzegowa i morskie tradycje, duża wolność słowa, przezroczystość państwa. Zaskakiwać może, że zarówno państwa z bardzo liberalną gospodarką rynkową (Nowa Zelandia, Singapur), jak i państwa z tradycjami socjalnymi (Szwecja, Dania) znalazły się w pierwszej piątce. Ranking ma 180 pozycji i zbudowany jest według zasady: im wyżej, tym lepiej. Polska znalazła się na 49 pozycji. Z państw Unii Europejskiej niższe, a zatem gorsze pozycje zajęły: Czechy (50), Litwa (52), Łotwa (56), Słowacja (56), Włochy (63), Bułgaria (71), Grecja (71), Rumunia (71). Obywatele Rosji i Ukrainy podobnie postrzegają problem korupcji w swoich krajach - w rankingu miejsce 146. Warto zwrócić uwagę, jak korupcja idzie pod rękę z wojną. W krajach z pierwszej piątki najbardziej skorumpowanych, tylko Birma nie jest ogarnięta zbrojnym konfliktem. Co więcej, wszystkie te kraje poza Birmą również otrzymują pokaźną pomoc międzynarodową. Korupcja w istotny sposób uniemożliwia stabilizację w krajach ogarniętych wojną lub konfliktem zbrojnym. Na blogu The Best Defence interesujący schemat wyjaśniający rolę korupcji w destabilizacji Afganistanu.
Na podstawie The Best Defence i Transparency International Ciała czterech gangsterów były okaleczone a obok trupów policja w Mexico City znalazła kartkę z nietypowym przesłaniem. Był to cytat z Biblii - „Grzesznikom ciało odjęte i strzaskane ramię wyniosłe” (ks.Hioba 38-15, Biblia Tysiąclecia). Przywódca zamordowanych, niejaki Hektor Saldana znany był na północy Meksyku, gdzie jak przypuszczała policja zorganizował wiele porwań. To zaledwie jednak początek tej interesującej historii, bowiem na wiele godzin zanim bandyci zostali znalezieni, ich śmierć została już publicznie ogłoszona. Darem proroczym lub wyjątkowymi powiązaniami pochwalił się burmistrz miasta San Pedro Garza Garcia, który w chwilę po zaprzysiężeniu na urząd, w płomiennej mowie do obywateli oznajmił śmierć znienawidzonych przestępców. Tłum zareagował entuzjastycznie a burmistrz w późniejszym wywiadzie radiowym wyjaśnił, że informacje otrzymał od pewnej grupy zatroskanych obywateli miasta, którzy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Analitycy na których powołuje się gazeta Wall Street Journal mówią jednak nie o zwykłych ludziach, którzy czyszczą miasto, ale o „szwadronach śmierci”. Burmistrz San Pedro Garza Garcia jednoznacznie opowiedział się po stronie zakonspirowanych mścicieli. Obserwatorzy wydarzeń w Meksyku od pewnego czasu spodziewali się powstania szwadronów śmierci, jako odpowiedzi na nieefektywność państwa w walce z narkotykową rebelią przestępczą (patrz wpis: Szwadrony śmierci zatrudnię). Amerykańska agencja antynarkotykowa DEA na swoich stronach internetowych powołuje się na niepotwierdzone doniesienia, według których w identyczny sposób powstał jeden z groźniejszych karteli narkotykowych La Familia Michoacana. Ta brutalna organizacja początkowo miała być właśnie obywatelskim stowarzyszeniem powołanym do walki z przestępczością uliczną i przemocą. Na podstawie Wall Street Journal i DEA
środa, 18 listopada 2009
O kontenerowcu Maersk Alabama pierwszy raz zrobiło się głośno w kwietniu 2009, gdy piraci somalijscy zajęli statek i porwali jego kapitana. Ten odzyskał później wolność w wyniku akcji amerykańskich komandosów Navy Seals. Dziś rano Maersk Alabama znajdujący również w pobliżu wybrzeży Somalii ponownie został zaatakowany przez piratów. Tym razem jednak bandyci nawet nie weszli na pokład. Właściciel okrętu nauczony historią postarał się o drużynę uzbrojonych ochroniarzy. Jednostka została również wyposażona w broń akustyczną (Long Range Acustic Devices). Gdy dziś rano piraci podpłynęli do Maersk Alabama na łodzi motorowej i otworzyli ogień z broni ręcznej, ochrona okrętu również oddała strzały w kierunku napastników oraz wykorzystała urządzenia akustyczne. Piraci przerwali atak i uciekli.
Nie jest to pierwszy przypadek użycia z powodzeniem broni akustycznej. W listopadzie 2005 załoga luksusowego statku wycieczkowego Seaborn Spirit przy pomocy urządzeń LRAD odparła atak także somalijskich piratów. Strumień dźwięki emitowany przez takie urządzenia może przekroczyć 130db. Wywołuje wtedy ból u osoby w zasięgu fali dźwiękowej.
Afgańska policja wraz z wojskami NATO zajęły spory arsenał talibów w mieście Kandahar na południu Afganistanu. W wyniku specjalnej akcji siły koalicji przechwyciły prawie 250 ton rozmaitych materiałów służących do budowy bomb. Znaleziono m.in. 227 kilo saletry amonowej, nawozu rolniczego używanego także do budowy min przydrożnych oraz co najmniej 2 tys. innych elementów, takich jak zapalniki czy mechanizmy zegarowe. Tego rodzaju znalezisko przekłada się na kilka tysięcy udaremnionych zamachów bombowych, twierdzi wojskowy cytowany przez New York Times’a. Szacuje się, że 60% bomb zostaje znalezionych zanim wybuchną. W sumie, w tym roku siły koalicji naliczyły 6500 udanych lub udaremnionych ataków przy pomocy bomb przydrożnych. Na terenach szczególnie niebezpiecznych zdarza się, że jedna kolumna wozów opancerzonych na swej drodze napotyka powyżej 20-stu założonych bomb (patrz: relacja Reutera). Amerykańską odpowiedzią na tanie bomby z nawozów jest arcydrogi program budowy wozów opancerzonych zwanych MRAP (Mine- Resistant Ambush- Protected). Do tej pory koszt programu wyniósł ok. 15 miliardów dolarów (podaję za War is Boring). Na podstawie Global Security, New York Times’a, agencji Reutera i War is Boring
piątek, 06 listopada 2009
Dziś zapraszam Szanownych Czytelników na krótką wycieczkę po amerykańskim posterunku w Afganistanie. Na blogu The Capitain’s Journal znalazłem filmik, który dla swojej mamy nakręcił jeden z amerykańskich żołnierzy. Na filmie uwieczniony został Combat Outpost Keating, który 3 października stał się celem ataku sporego oddziału talibów. Zginęło wtedy 8 żołnierzy amerykańskich zaś nieznany jest los 20 policjantów afgańskich (patrz: Słyszał jak walczą i umierają). Możemy się domyślać, że autor tej opowieści zapewne służył w COP Keating przed atakiem i nie brał udziału w obronie posterunku. W jakich wygodach na froncie żyją amerykańscy żołnierze? Zapraszam do obejrzenia filmiku.
Nie jest źle, prawda? W dużych bazach wojskowych jest jeszcze lepiej a zdaniem generała McChrystala nawet za dobrze. Dlatego dowódca US Army oraz NATO w Afganistanie postanowił ograniczyć zestaw rozrywek dostępnych w dużych bazach, zakazując m.in. kursów salsy, imprez karaoke oraz alkoholu w kasynach oficerskich (Daily Telegraph). Obciążone linie zaopatrzenia powinny, zdaniem generała, raczej transportować ludzi i amunicję, niż kawę czy słomki do drinków. Z tymi problemami amerykańskiej armii warto zestawić realia życia w polskich bazach. Na blogu Z Afganistanu pisze o tym Marcin Ogdowski. Kto ciekawy nich sprawdzi też pierwszy wpis Ogdowskiego – tutaj. W pierwszej chwili przeoczyłem, ale uważny Czytelnik zwrócił uwagę, że Amerykanie tak samo jak i Polacy "budują" polowe pisuary z rur (pisstubes). Pisuary w Giro. Fot. Marcin Ogdowski Mnie najbardziej zaskakuje w sumie wysoki standard amerykańskiego posterunku, czyli klimatyzowana siłownia, bar z telewizorem i życie w kontenerach. Mam nadzieję, że polscy żołnierze też mają/miewają podobne warunki. Zdjęcie zamieszczam na zasadach cytatu, z podaniem źródła oraz autora (http://zafganistanu.pl).
czwartek, 05 listopada 2009
Tej wiosny żołnierze brytyjscy w Afganistanie na ciele taliba zabitego w potyczce znaleźli tatuaż z logiem klubu piłkarskiego Aston Villa. Rebeliant zapewne dorastał gdzieś na środkowym zachodzie Wielkiej Brytanii i kibicował tym samym piłkarzom, co niektórzy z jego zabójców - żołnierze brytyjscy. Uliczny dealer narkotykowy cytowany przez jedną z angielskich gazet twierdzi, że jego szefowie, którzy są muzułmanami, często nakazują mu sprzedawać towar tylko klientom wyznającym religię inną niż Islam i określając to mianem „chemicznego dżihadu”. Chcą ten sposób zniszczyć życie niewiernym, przy okazji znakomicie zarabiając. Niektóre brytyjskie gangi skupiające członków społeczności pakistańskiej, czy szerzej muzułmańskiej, nawet chwalą się swoimi powiązaniami z rebelią w Afganistanie. Biorąc pod uwagę dwa fakty jest to w pełni zrozumiałe. Po pierwsze, 90% heroiny sprzedawanej na Wyspach Brytyjskich pochodzi z Afganistanu. Po drugie, talibowie kontrolują narkotykowy biznes w tamtym kraju, finansując z narkotyków walkę z rządem oraz wojskami NATO. Związki rebelii politycznej lub religijnej z przestępczością są raczej regułą niż wyjątkiem. Policja pakistańska uważa, że ostatnio obserwowany wzrost liczby porwań oraz napadów na banki w Karaczi, jednym z większych miast Pakistanu, ma związek z ekspansją talibów, upatrujących w przestępczości źródeł finansowania walki (Patrz: Mafia talibska z Karaczi). Podobnie też w Iraku zauważono związek przestępczości i terroryzmu, gdy w wyniku akcji przeciw gangom kryminalnym w następstwie spadała liczba ataków terrorystycznych na danym terenie (Strategypage). Na podstawie The AfPak Channel
środa, 04 listopada 2009
Na bardzo dobrym kanadyjskim blogu The Torch pojawił się warty odnotowania tekst Shane’a Schreibera (zachęcam do przejrzenia przypisów oryginału), w którym kreśli on raczej oryginalną wizję wojny afgańskiej. Scheiber pisze o tym, co zostało zrobione, co należy zrobić i czego nie da się zrobić. Autor jest oficerem armii kanadyjskiej, służył dwukrotnie w Afganistanie, ma także doświadczenia z innych misji. Jego zdaniem przede wszystkim należy wyzbyć się złudzeń, co do przebiegu tej wojny, zaś z problemów uczynić atuty. Wielką słabością tej wojny jest niepewność, co do tego jak długo zachodnie wojska zostaną w Afganistanie. Talibowie tę sytuację wykorzystują głosząc wszem i wobec, że „wy macie zegarki, ale my mamy czas”. Ich propaganda zapewnia o rychłym odwrocie Zachodu. Jednocześnie opinia publiczna państw Europy oraz USA i Kanady nie jest w stanie poprzeć wojny, która nie wiadomo jak długo miałaby trwać i nie wiadomo czym się skończyć. Należy więc sporządzić plan działań na krótszą oraz dłuższą metę. Swego rodzaju plan sztafety, w której w pewnym, z góry wiadomym momencie pałeczka zostanie przekazana Afgańczykom i od tej pory samodzielnie będą musieli budować stabilne państwo. Taki komunikat jednak ma sens tylko wtedy, jeśli przez owe dwa, trzy lata Zachód dokona znacznego wysiłku w Afganistanie, ulepszając dotychczasową strategię. Proponowane przez Schreibera zmiany dotyczą m.in. powszechnego poboru do wojska czy policji, prawa obywateli afgańskich do noszenia broni oraz możliwości swobodnego przekraczania przez granicę afgańsko-pakistańską wojsk zachodnich lub pakistańskich, które ścigają talibów. Jak zauważa Schreiber, granica ta i tak jest teoretyczna, bo ani żaden z obydwu rządów nie jest w stanie jej kontrolować, ani talibowie jej nie szanują. Najbardziej kontrowersyjną propozycją zawartą w tekście jest ta dotycząca legalizacji opium. Zdaniem Schreibera opium jest dla Afganistanu nie przekleństwem lecz szansą. Ten pomysł pojawiał się już wcześniej w debacie nt wojny afgańskiej (patrz: przypisy do tekstu na stronie The Torch). Legalizacja upraw i handlu opium przyniosłaby dochody budżetowi państwa, zapobiegła kryminalizacji całych mas społeczeństwa, odebrała ten biznes talibom i zmniejszyła liczbę obywateli niechętnych własnemu państwu. Na marginesie, Ameryka w podobny sposób uporała się z przemysłem narkotykowym w Turcji, w latach ’60-ych XX wieku. USA skupowały od chłopów tureckich opium, windując ceny na poziom niemożliwy do przeskoczenia przez handlarzy narkotykami, którzy w ten sposób zostali wypchnięci przez państwo z biznesu (Patrz: Na patrolu z kompanią Echo). Dylemat etyczny Schreiber rozwiązuje argumentując, że narkotykowy biznes kształtowany jest popytem a nie podażą. Zatem odpowiedzialność spada przede wszystkim na konsumujących, a nie na niepiśmiennych chłopów afgańskich bez innej możliwości utrzymania rodziny. Szkoda, że Schreiber nie precyzuje, jak wyobraża sobie legalizację handlu opium. Legalizacja upraw jest raczej niekłopotliwa organizacyjnie czy policyjnie. Problem jednak w tym komu chłopi sprzedadzą opium, bo ten ktoś to pierwsze ogniwo łańcucha, którym następnie narkotyk przedostaje się w świat. Czy więc mafie wszelkiego rodzaju otworzą legalne przedstawicielstwa dystrybucyjne w Afganistanie? To zaledwie jedno z wielu pytań cisnących się na usta. Celem dalekosiężnym jest budowa państwa ze stabilną, rozwijającą się gospodarką. I to zajmie przynajmniej całe pokolenie. Tyle czasu trzeba, by wykształciła się generacja nowych, wykwalifikowanych urzędników, prawników, biznesmenów, lekarzy etc. Być może tyle samo albo dłużej trzeba będzie czekać na owoce procesu pojednania narodowego i przemiany politycznej, w ramach której decydujący głos przypadnie umiarkowanym liderom z południa i północy kraju. Ruch talibski, pisze Schreiber, narodził się na styku konfliktu etnicznego (Pasztuni kontra północ) i radykalizmu politycznego. Jeśli punktem odniesienia w takiej sytuacji może być Irlandia Północna, to widać jak wiele czasu trzeba i co musi się stać, by konflikt wygasł. Nikt więc nie powinien oczekiwać, że cele dalekosiężne zostaną zrealizowane w trakcie najbliższych 12 lub 36 miesięcy. To, co można było zrobić w krótkim czasie, to już zostało zrobione - argumentuje Schreiber. Położono drogi, zbudowano szkoły, wiercone są studnie, stawiane są maszty telefonii komórkowej, elektryczność dociera do coraz większej liczby osad afgańskich. W tym sensie całe połacie Afganistanu w ciągu zaledwie kilku lat przeniosły się z czasów Aleksandra Wielkiego w nowoczesność, czyli dystans 2300 lat został odrobiony w niecałe 10 lat (patrz też: Raport o Afganistanie). Teraz zostały same trudne zadania, możliwe do zrealizowania tylko w dłuższym czasie. Więcej na stronach The Torch
poniedziałek, 02 listopada 2009
Na amerykańskim blogu Centrum Połącznych Sił Zbrojnych (Combined Arms Center Blog) interesujący tekst wymierzony w popularny mit Afganistanu jako „cmentarza imperiów”. Poniżej fragment:
Nieco więcej na blogu CAC
sobota, 31 października 2009
Amerykańskie ministerstwo obrony zorganizowało w tym miesiącu tajną grę wojenną z udziałem sztabowców armii oraz ekspertów. Jak podaje Washington Post, gra była swego rodzaju symulacją sytuacji w Afganistanie oraz Pakistanie i w jej trakcie były testowane dwa alternatywne scenariusze wojny w tym regionie. Pierwszy scenariusz zakłada wysłanie dodatkowych 44 tysięcy żołnierzy amerykańskich. Drugi natomiast polega na wysłaniu zaledwie 15 tysięcy żołnierzy oraz sił specjalnych, których głównym zadaniem byłoby prowadzenie operacji anty-terrorystycznych. Administracja Obamy nie skłania się ku żadnej z opcji, twierdzi dalej Washington Post. Swoje zdanie ma rzecz jasna głównodowodzący wojskami NATO (w tym i amerykańskimi), generał Stanley McChrystal. Jego zdaniem siłom zachodnim potrzeba posiłków w liczbie 44 tysięcy, co pozwoliłoby przyspieszyć szkolenia afgańskiej armii oraz otoczyć mieszkańców południa kraju ochroną przed wpływami talibów.
piątek, 30 października 2009
NATO oraz armia amerykańska stworzyły listę najważniejszych przestępców afgańskich, zawiadujących biznesem narkotykowym. Tych ludzi siły międzynarodowej koalicji chcą złapać. Jeśli jednak złapać się nie da, to należy ich zabić. Washington Post pisze o protestach afgańskich władz, które uważają, że ten problem należy przekazać właśnie im. NATO nie chce jednak tego zrobić, bo najważniejsi przestępcy z branży narkotykowej mają powiązania z ludźmi w rządzie oraz instytucjach władzy. Przykładowo, w kwietniu prezydent Hamid Karzai ułaskawił pięciu handlarzy narkotykami skazanych na długoletnie więzienie. Oficjalnie motywem łaski był „szacunek dla rodzin” przestępców. Warto jednak dodać, że jeden ułaskawionych był siostrzeńcem szefa kampanii wyborczej Karzaia. Istnienie tej listy jest kłopotliwe dla NATO z uwagi na kontrowersje prawne i etyczne, jakie budzi fakt skazania na śmierć osoby bez procesu sądowego. Rzecznik sił koalicji odmawia więc odpowiedzi na pytania dotyczące istnienia listy. Co prawda, aby znaleźć się na niej podobno potrzeba relacji z dwóch różnych źródeł możliwych do zweryfikowania – a zatem osób, do których można dotrzeć, ponownie przepytać etc. Niezbędny jest także inny materiał dowodowy, ale Washington Post nie podaje o jakiego rodzaju dowody musi chodzić. Celem operacji podobno jest kilkadziesiąt osób wytypowanych jako kluczowe dla handlu narkotykowego i jednocześnie wspomagających zbrojne podziemie. Oznaczałoby to, że USA oraz NATO zredukowały swoje plany, bo jeszcze latem 2009 brytyjska gazeta Guardian informowała aż o 367 przestępcach do zabicia lub schwytania oraz dodatkowo 50 rekinach biznesu narkotykowego współpracujących z talibami. Na podstawie Washington Post oraz Guardian
czwartek, 29 października 2009
Woda, skarpety, kanapki, cegły i tysiące innych potrzebnych rzeczy, w sumie za 800 milionów dolarów rocznie. Tyle mniej więcej zarabiają afgańskie firmy, sprzedając towary i usługi armii amerykańskiej stacjonującej w tym kraju. Część tej kwoty obejmuje także dostawy dla afgańskich sił bezpieczeństwa, ale i tak za wszystko płacą Amerykanie. Global News Blog (Reuters) zadaje pytanie, ile z tej kwoty trafia do rąk afgańskich rebeliantów. Niektórzy przedsiębiorcy afgańscy płacą zbrojnemu podziemiu i przestępcom 10% wartości swoich kontraktów, inni podobno nawet 20%. Rocznie dawałoby to kwotę oscylującą między 80 milionów a 160 milionów dolarów zysku dla szeroko rozumianej rebelii oraz przestępczości, ale kwoty mogą być jeszcze większe. W mikroskali zjawisko korupcji i wymuszeń wygląda tak, jak opisał to pewien wódz afgański z prowincji Paktija, w rozmowie z pisarzem i historykiem Stevenem Pressfieldem.
Duzi przedsiębiorcy współpracujący z zagranicznymi wojskami narażeni są na identyczne problemy i każda taka firma "obrośnięta" jest zarabiającymi na niej urzędnikami a często też przestępcami, opłaca się talibom. NATO czy US Army nie są w stanie temu zapobiec ze względu na nieuporządkowany system wypłat dla afgańskich kooperantów. Otrzymują oni wypłaty w gotówce, nikt nie prowadzi drobiazgowej księgowości etc. Znawcy tematu zresztą dodają, że próba regulacji biznesu, wprowadzenia zasad na wzór zachodni, doprowadziłaby po prostu do wypchnięcia afgańskich firm z tego rynku. Jeśli na przykład do wojskowej bazy w na południu kraju w Kandaharze trafia paliwo, to amerykańska armia otrzymuje rachunek z którego wynika, że litr tego paliwa kosztuje 1,60 $. Z tego ok. 1 $ to czysty koszt paliwa a pozostałe 60 centów to opłaty, łapówki i haracze, jakie przedsiębiorca musiał zapłacić, żeby móc bezpiecznie przetransportować ładunek w niebezpiecznym kraju prosto do amerykańskiej bazy wojskowej. Na podstawie Global News Blog oraz Steven Pressfield Blog |