Śladami Wojny, Śmierci, Zarazy i Głodu
| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Kategorie: Wszystkie | Głód | Inne | Wojna | Zaraza | Śmierć
RSS
piątek, 11 marca 2011

Funkcjonariusz BOA pilnuje zatrzymanych pracowników nielegalnej fabryczki

Największa w Europie nielegalna fabryka papierosów działała w Polsce. Czas przeszły jest tu właściwy, bo od paru dni interes stoi a ludzie mają kłopoty. Centralne Biuro Śledcze, Straż Graniczna i Biuro Operacji Antyterrorystycznych w liczbie 150 funkcjonariuszy najechały posesję w podwarszawskich Łazach, gdzie zatrzymano całą kupę sprzętu, towaru i prawdziwy tłumek osób.

Skala interesu wprawia w zdumienie: przestępcy zatrudniali 32 osoby, w tym cudzoziemców z Litwy i Bułgarii (z resztą szefem był obywatel Litwy). To była cała linia produkcyjna, zdolna przetworzyć kilkadziesiąt ton tytoniu!

Antyterrorysta i pracownicy fabryczki w swoim pokojuNa miejscu w Łazach policjanci zabezpieczyli około 5 milionów sztuk papierosów oraz 15 ton krajanki tytoniowej. W magazynie położonym w innej podwarszawskiej miejscowości Piaseczno znaleziono kolejnych 35 ton tytoniu bez znaków akcyzy, czyli w sumie mowa o 50 tonach towaru. Nielegalne papierosy rozwiezione 12 ciężarówkami miały trafić do Europy Zachodniej.

Straty Skarbu Państwa szacowane są na 25 milionów złotych. W całym 2009 roku Centralne Biuro Śledcze przejęło 34 tony tytoniu, a więc ta jedna sprawa momentalnie przebija tamten całoroczny wynik (cbs.policja.pl).

Nie jest to pierwsza informacja tego typu. Przy okazji podobnego śledztwa rok temu policja ujawniła, że pracownicy innej, tylko nieco mniejszej fabryczki zarabiali kilkaset złotych dniówki, pracując kilkanaście dni w miesiącu (Wirtualna Polska).

Część linii produkcyjnejNiesamowita musi być opłacalność tego interesu, jeśli w same maszyny przestępcom opłacało się zainwestować grubo ponad milion złotych a musieli liczyć się  z ich przepadkiem. Rozmiary tego nielegalnego przedsięwzięcia wskazują na istnienie jakiejś wielonarodowej organizacji przestępczej, zdolnej zbudować łańcuch logistyczny rozciągający się na kilka państw, w ramach którego przerzucani, zatrudniani oraz karmieni są ludzie, przewożone dziesiątki ton towarów, instalowane i zapewne serwisowane całe linie produkcyjne. Ktoś też koordynował, ktoś inny księgował, ktoś zajmował się ochroną. Trudno o bardziej przekonującą poszlakę na istnienie w naszym kraju mafii. Optymistyczne jest natomiast to, że mimo skali tego interesu i ewidentnie milionów złotych, które przestępcy zainwestowali (w tym zapewne i w łapówki), nie udało im się kupić bezkarności.

 

Na podstawie policja.pl

01:11, apocalypse_rider , Inne
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 marca 2011

Amerykańscy snajperzy w Afganistanie ochraniają targ

Prawdziwy wysyp urządzeń i technologii do zwalczania snajperskich ataków. Na łamach tego bloga pisałem o urządzeniu Boomerang przeznaczonym do instalacji na pojazdach. Wiązka mikrofonów plus komputer pozwalają ustalić pozycję strzelającego napastnika. Mikrofony wychwytują dźwięk przelatującej kuli oraz odgłos wystrzału a komputer oblicza pozycję strzelca, pokazując ją na ekranie (odległość i wysokość). Na tej samej zasadzie działa urządzenie SADS izraelskiej firmy Rafael.

Inne urządzenie WeaponWatch działa wychwytując promieniowanie podczerwieni emitowane przez broń palną w trakcie wystrzału. Przy okazji system rozpoznaje kilkaset typów broni. Przeznaczony również do instalowania na pojazdach. Pomijając detektory, to taka skrzynka o raczej niewielkich rozmiarach, ważąca ok. 9 kg.

Żołnierz z urządzeniem firmy QinetiQ. Na prawym ramieniu mikrofony, wyświetlacz na piersi.W powszechnym użyciu amerykańskich i brytyjskich sił w Afganistanie jest natomiast osobisty i przenośny detektor snajperów SWATS firmy QinteiQ. Żołnierz nosi mikrofon oraz wyświetlacz przypięte do ubrania. Urządzenie dzięki odbiornikowi GPS oraz czterem mikrofonom może w sekundę po wystrzale przez radio zawiadomić o pozycji snajpera, ale również wysłać jego namiary artylerii czy jednostkom lotnictwa.

Urządzenie odróżnia odgłos ognia nieprzyjaciela od ognia własnych oddziałów. „Wszyscy od razu wiedzą, po której stronie samochodu się chować” – powiedział cytowany przez Daily Telegraph przedstawiciel producenta urządzenia.

Wyżej opisane urządzenia wykrywają jednak snajpera dopiero po wystrzale. To jednak oznacza, że ktoś mógł już zostać zabity lub zraniony. Natomiast na czym innym opiera się koncepcja BOSS, czyli Battlefield Optical Surveillance System. To zespół laserów oraz obiektywów, które wykrywają wszelkie soczewki (a więc celowniki snajperskie, lornetki) skierowane w stronę urządzenia. BOSS naświetla konkretny obszar, na dystansie nie większym niż 1 km i następnie informuje o ewentualnych rozbłyskach, które świadczą o napotkaniu soczewki celownika snajperskiego przez promień lasera. Dodatkową cechą systemu jest to, że w ten sposób wykrywa również siatkówkę ludzkiego oka.  Brzmi dość ciekawie, ale skoro wojsko zamówiło tysiące egzemplarzy innych systemów, możemy wnioskować, że urządzenie wymaga jeszcze poprawek.

Docelowo konstruktorzy takich urządzeń próbują wyposażyć je w możliwość sprzężenia z automatycznymi systemami broni, tak by możliwe była automatyczna detekcja strzelającego snajpera i automatyczna, błyskawiczna odpowiedź na przykład karabinu maszynowego czy granatnika.


Na podstawie Strategypage, qinetiq.com, Defense Industry Daily, Daily Telegraph, Wired.com

11:15, apocalypse_rider
Link Komentarze (2) »
sobota, 05 marca 2011

Łódź piracka. Napastnik z przodu trzyma ręczny granatnik, broń popularną wśród piratów.

Fatalny początek roku na Oceanie Indyjskim. Wygląda na to, że coraz częściej strony konfliktu (atakujący i atakowani) używają broni palnej. Wczoraj duński statek „Brattinsborg” został zaatakowany około 25 mil morskich od wybrzeży Jemenu. Piratom nie udało się zająć jednostki, gdyż na pokładzie znajdowali się uzbrojeni ochroniarze, którzy otworzyli ogień w kierunku napastników. Armator statku zdarzenie skomentował słowami: „- To pierwszy raz, gdy wynajęliśmy uzbrojonych strażników, ale w świetle ataku wygląda na to, że decyzja była słuszna” (Shipgaz).

To już kolejny incydent z użyciem broni palnej w ciągu dwóch miesięcy. W połowie lutego piraci na pokładzie amerykańskiego jachtu Quest zastrzelili 4 porwanych żeglarzy. Tragedia miała miejsce 240 mil morskich od wybrzeży Omanu. W pobliżu znajdowało się  kilka amerykańskich okrętów wojennych, które na odgłos wystrzałów wysłały grupę abordażową (patrz: raport z akcji opublikowany przez Centcom). Następnie przestępcy byli na tyle głupi, że wdali się w wymianę ognia z żołnierzami, w wyniku czego zginęło dwóch bandytów, 13 zostało aresztowanych.

22 stycznia piraci zajęli statek handlowy „Beluga Nomination”. Atak nastąpił około 300 mil morskich na północ od Seszeli. Kilka dni później straż seszelska spróbowała odbić „Belugę”. W wyniku wymiany ognia zginęło dwóch marynarzy i dwóm udało się uciec (maritime.com.pl). Na miejscu zdarzenia pojawił się także duński okręt wojenny biorący udział w misji EUNAVFOR, jednak piraci utrzymali kontrolę nad porwaną jednostka i stoi ona teraz na redzie w pobliżu miasta Haradheere, znanego gniazda piratów (BreakBulk) .

Tragedia jachtu Quest oburzyła opinię publiczną w USA , gdzie pojawiły się postulaty większego i bardziej stanowczego zaangażowania w rozwiązanie problemu piractwa. Senator M.Kirk zaproponował m.in. blokadę portów pirackich, ustalenie strefy zakazanej dla żeglugi czy ustanowienie surowego prawa nakazującego identyfikację wszystkich jednostek somalijskich pod groźbą zajęcia lub zniszczenia nierozpoznanego statku.

Podobne propozycje przedstawiał wcześniej blog  Eagle Speak pisząc o potrzebie przesunięcia jednostek NATO w pobliże portów. Każda łódź wypływająca z somalijskiego portu czy wybrzeża musiałaby zgłosić się do odpowiedniej jednostki NATO, która wydawałaby zgodę na rejs. Nieautoryzowane łodzie mogłyby zostać ostrzelane lub zajęte. Blog postuluje również, aby siły morskie koalicji EUNAVFOR bez żadnych strzałów ostrzegawczych otwierały bezpośredni ogień w kierunku piratów atakujących statki handlowe lub ich eskortę.  O zmianę stylu działań apeluje ONZ .

Inna duńska firma Maersk w 2010 roku wynajęła tanzańską łódź patrolową wraz z uzbrojoną załogą do ochrony swoich statków (Reuters). Francuskie kutry rybackie działające w rejonie Somalii także na pokładach miały żołnierzy i odnotowano przypadki odparcia przez nich pirackiego ataku.

Obecna taktyka, polegająca na patrolach bardzo rozległego obszaru oraz ochronie konwojów, nie jest w stanie zabezpieczyć tysięcy statków, które pływają w tym jednym z najbardziej ruchliwych korytarzy transportowych świata. Poniżej mapa pokazująca granice obszaru zagrożonego piractwem somalijskim. Jest naprawdę olbrzymi.

Zasięg pirackich ataków i porównanie ostatnich miesięcy

W połowie lutego sąd w Nowym Jorku na 33 lata więzienia skazał Somalijczyka schwytanego podczas próby opanowania okrętu „Maersk Alabama” w kwietniu 2009 roku. Natomiast pod koniec zeszłego roku koreański armator wypłacił piratom największy w historii okup. 9 i pół miliona dolarów koreańska firma wypłaciła za uwolnienie tankowca „Samho Dream”. Niecałe dwa miesiące później ofiarą piratów padł inny statek tej samej firmy „Samho Jewelry”, jednak został potem odbity przez koreańskie siły specjalne (FT). Przemocy coraz więcej, ale i stawka rośnie.

Na podstawie EagleSpeak, Shipgaz, EUNAVFOR, Modern Day Pirate Tales

czwartek, 03 marca 2011

Prowincja Kandahar, sierpień 2010 - pasterz spogląda na patrol sił koalicjiCoraz więcej wskazuje na to, że konflikt w Afganistanie zaczyna przeobrażać się w sposób pozytywny. Taką tezę stawiają N.Fick i J.Nagl na łamach New York Timesa. Ich zdaniem prawdopodobne jest zmniejszenie amerykańskiego zaangażowania w tym kraju w ciągu następnych 4 lat. Liczba żołnierzy docelowo mogłaby na koniec tego okresu wynieść 25 tys., w porównaniu ze 100 tysiącami teraz walczącymi. Znaczne zasoby technologiczne oraz ludzkie US Army wycofała z Iraku a ich zastosowanie w Afganistanie przyniosło wymierne efekty.

Żywym ogniem przemocy płonie w tej chwili 9 na 400 dystryktów tego kraju i to w nich wydarza się połowa wszystkich incydentów zbrojnych.

Inni amerykańscy analitycy podzielają ten ostrożny optymizm dorzucając ocenę o rosnących podziałach w łonie partyzantki (w zupełnie innym, pesymistycznym tonie w zeszłym roku wypowiadali się dyplomaci i decydenci na konferencji w Kabulu - patrz: SIPRI). Znawcy spraw afgańskich Alex Strick van Linschoten i Felix Kuehn, pod egidą nowojorskiego Center on International Cooperation opublikowali raport nt różnic i podziałów między talibami a Al-Kaidą. Raport także zawiera zachętę dla amerykańskich władz, by zdecydowały się na negocjacje ze starszyzną talibską. Zdaniem autorów raportu, taktyka wybijania wyższych dowódców (praktykowana szczególnie za pomocą samolotów bezzałogowych) doprowadzi do przekazania władzy w ruchu talibskim młodszej i bardziej radykalnej generacji liderów. Teza o znacznym  ideologicznym zróżnicowaniu afgańskiego ruchu oporu nie jest nowa. Nie jest też bezdyskusyjne podzielana, choć w tej chwili administracja amerykańska wyraźnie ku niej ciąży prowadząc z talibami wstępne, rozpoznawcze spotkania bez stawiania warunków wstępnych (Reuters).

New York Times donosi także o kolejnych przypadkach czasem otwartego wręcz konfliktu między wysokimi przywódcami talibów. Zrywano narady, doszło do walk na noże. Oficerowie wywiadu cytowani przez NYT twierdzą, że morale wśród liniowych przywódców talibskich jest gorsze niż parę lat temu, a to ze względu na wysokie ryzyka stania się przez nich celem ataku. Starszyzna na uchodźctwie ciśnie ich na podjęcie walki z Amerykanami, do czego jednak wielu podobno się nie pali. Coraz liczniejsze mają być też wśród talibów przypadki dezercji. Podobny obraz maluje Newsweek w tekście nt byłego bojownika Mułły Jahaji, dziś rzekomo gnębionego wyrzutami sumienia.

Statystyki jeszcze niczego rozstrzygają choć faktycznie zawarta jest w nich bardzo ostrożna obietnica sukcesu działań natowsko-amerykańskich. Rok 2010 był najbardziej krwawym rokiem operacji „Enduring Freedom”. W żadnym innym roku nie zginęło aż tylu żołnierzy międzynarodowej koalicji, nigdy wcześniej talibowie nie założyli aż tylu min przydrożnych (podaję za Wikipedią). Z jednak drugiej strony dwa pierwsze miesiące tego roku przyniosły mniej ofiar w koalicji niż rok temu (podaję za icasualties.org) - ale to w dalszym ciągu więcej niż dwa lata temu. Co więcej, wydaje się, że w tym roku lekkie załamanie czeka afgański biznes narkotykowy, którego zyski w pewnej części finansują powstanie talibskie. Tak przynajmniej prognozuje ONZ-owskie biuro ds. narkotyków i przestępczości. Raport UNODC-u stwierdza wyraźną skuteczność antynarkotykowych kampanii wspierających porzucenie upraw maku.

Jeśli optymizm analityków jest uzasadniony, to negatywny trend musi zostać przełamany w nieodległym czasie.

Na podstawie New York Times, Newsweek, UNODC, Reuters.

Zdjęcie - niektóre prawa zastrzeżone

PS.

Długa przerwa w pisaniu bloga dobiegła końca. Dziecko podrosło nieco i znów wyruszam śladami jeźdźców apokalipsy. Zapraszam do lektury.

sobota, 02 stycznia 2010

Flaga Międzynarodowego Komitetu Czerwonego KrzyżaMiędzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża po raz pierwszy od 2001 roku odwiedził więźniów przetrzymywanych przez talibów afgańskich. W trakcie dwóch wizyt przeprowadzonych pod koniec listopada 2009 wysłannicy Czerwonego Krzyża odwiedzili w prowincji Baghdis trójkę przetrzymywanych w niewoli Afgańczyków, funkcjonariuszy rządowych sił bezpieczeństwa.

Szef delegacji Reto Stocker ocenił, że w obecnej chwili Czerwony Krzyż stał się wiarygodny dla talibów.  Organizacja planuje kolejne takie wizyty, by zapewnić jeńcom obydwu stron humanitarne traktowanie.  Rzecznik Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża dodał również, że trwają starania, by dotrzeć do Bowe’a Bergdahla, amerykańskiego żołnierza porwanego przez talibów w czerwcu.

Na podstawie Icrc.org, Al-Dżazira

piątek, 01 stycznia 2010

Antyterroryści podczas nocnych ćwiczeń

Kiedyś 110 terrorystów miesięcznie przedostawało się Iraku z Syrii. Dziś ta liczba spadła do 10. Tylu terrorystów nielegalnie przekracza granicę iracką, by  prowadzić walkę  z rządem oraz siłami amerykańskimi. Tak ocenił sytuację głównodowodzący armii amerykańskiej gen. David Petraeus. Liczby w jakiejś mierze potwierdzają słowa generała . W listopadzie 2009 ataki terrorystyczne zabiły najmniej Irakijczyków  licząc od 2003 roku i wg strony icasualties.org było to 88 osób. Trend spadkowy patrząc rok do roku jest widoczny i choć w sierpniu 2009 zginęło aż 397 ludzi, to trzeba pamiętać, że w sierpień 2007 zamknął się liczbą prawie pięć cztery większą – 1598 ofiar. Zbliżone dane podaje strona iraqbodycount.org.

Mimo tego terrorystom udaje się przeprowadzać krwawe zamachy destabilizujące sytuację w Iraku. Na początku grudnia w Bagdadzie wybuch samochodu pułapki zabił 127 osób raniąc 400 (Głos Ameryki). Minister spraw wewnętrznych Jawad al-Bolani kilka dni później przyznał, że siły bezpieczeństwa miały sygnały o zbliżającym się ataku, ale nieudolność aparatu władzy sprawiła, że zagrożenie zostało zlekceważone a informacje utknęły w labiryncie biurokracji. Władze irackie zatrzymały 13 osób podejrzewanych o związek z tym zamachem.

Na podstawie Reuters, Voice of America i icasualties.org

00:04, apocalypse_rider , Wojna
Link Dodaj komentarz »

Wartość narkotyków przemycanych z Afganistanu spadła w tym roku o 18%, podaje UN Office on Drugs and Crime (UNDOC). Wartość narkotykowego eksportu w 2008 roku wyniosła ok. 3,4 miliarda dolarów. W roku 2009 ta kwota szacowana jest na ok. 2,8 miliarda dolarów. Badanie Afghanistan Opium Survey tłumaczy ten fakt spadkiem upraw maku, mniejszą produkcją, niższymi cenami narkotyku oraz lepszą kondycją afgańskiej gospodarki.

Liczba upraw maku zmniejszyła się o 22%, natomiast produkcja spadła o około 10%. O jedną trzecią spadła także liczba ludności zatrudnionej w przemyśle narkotykowym i w tej chwili jest to ponad półtora miliona ludzi.

Szef UNDOC-u Antonio Mario Costa powiedział:

„Mam nadzieję, że nowa Narodowa Afgańska Strategia Walki z Narkotykami (Afghan National Drug Control Strategy), która jest w trakcie przygotowań umocni sukces, który będzie możliwy, jeśli tylko rolnicy afgańscy będą mogli legalnie utrzymać rodziny, handlarze narkotykami utracą nietykalność a a ludność nie będzie musiała płacić łapówek, by mieć dostęp do podstawowych usług.” (tłum.własne).

UNDOC szacuje, że rocznie z Afganistanu eksportowanych jest 900 ton opium i 375 ton heroiny. Zaledwie 2% rocznej produkcji jest przechwytywane przez władze. Dla porównania, w Kolumbii jest to aż 36%. Talibowie starają się kontrolować handel narkotykami i czerpać z niego dochody. Według UNDOC rebelianci talibscy od 2005 roku zarabiali nie mniej niż 90 milionów dolarów rocznie na kontroli handlu opium.

Na podstawie Globalsecurity, UN News service i UNDOC 

czwartek, 31 grudnia 2009

Wirus H1N1

Ile osób zabija zwykła, sezonowa grypa a ile zabiła pandemia wirusa grypy H1N1? W Polsce podczas dopiero co wygasłej dyskusji na temat pandemii wiele osób z niedowierzaniem traktowało ostrzeżenia przed nowym typem grypy. Powodem tego były m.in. niewystarczające informacje na temat skali zagrożenia a zatem i śmiertelności. Wiele osób zapewne uznało, że brak danych jest dowodem na sztuczne rozdmuchanie problemu oraz spisek koncernów farmaceutycznych, chcących sprzedać szczepionki.

Światowa Organizacja Zdrowia na swoich stronach internetowych opublikowała tymczasem ciekawy tekst wyjaśniający, dlaczego niezwykle trudno zestawić dane o śmiertelności „zwykłej” grypy oraz grypy wywoływanej przez wirusa H1N1. Streszczając jego sens: z grypą jest identycznie jak z opinią publiczną. Nikt nie wie, jaka jest naprawdę, bo jej obraz uzyskujemy z badań statystycznych.

Generalnie rzecz biorąc liczba ofiar śmiertelnych tzw. grypy sezonowej, to nie liczba będąca efektem rejestracji przypadków, lecz liczba szacunkowa. Powstaje ona na podstawie modeli statystycznych, które mają wyjaśnić większą śmiertelność w okresach, gdy infekcje wirusowe są częstsze.

Podczas epidemii grypy sezonowej około 90% jej ofiar to osoby starsze, które często cierpią na jeszcze jedną lub więcej przewlekłych chorób. I choć grypa może pogorszyć stan takiej osoby, przyczyniając się do śmierci, to w większości przypadków nie przeprowadza się testów na obecność wirusa grypy i takie zgony są kwalifikowane jako wynikające z ogólnie słabego stanu zdrowia.

Tymczasem liczba zgonów wywołanych pandemią grypy zbierana przez władze konkretnych państw oraz WHO, to liczba potwierdzona laboratoryjnie. Jest ona oczywiście znacznie niższa, niż prawdziwa liczba ofiar pandemii. Ze względu na podobny przebieg obu rodzajów grypy lekarze często nawet nie podejrzewają infekcji wirusem typu H1N1. Tak przede wszystkim zdarza się w krajach rozwijających, gdzie częsta jest śmierć z powodu niewydolności oddechowej, z powodu zapalenia płuc. Co więcej, nie wszystkie testy na obecność wirusa H1N1 są równie wiarygodne. Wiele zależy od tego kiedy i w jaki sposób zostały pobrane próbki i często nawet w odpowiednio wyposażonych szpitalach wirus nie był wykrywany u pacjentów o wyraźnych i typowych objawach choroby.

Z powyższych powodów zestawienia śmiertelności sezonowych epidemii oraz śmiertelności pandemii grypy nie są w stanie precyzyjnie pokazać społecznych konsekwencji choroby. To, co wiadomo to że, wirus H1N1 groźniejszy jest dla osób młodszych niż statystyczne ofiary grypy sezonowej. WHO generalnie ocenia zagrożenie pandemią jako umiarkowane (moderate impact) zaś więcej danych będzie dostępnych dopiero rok, lub dwa lata po tym, jak pandemia zbierze największe żniwo. Tak jak w przypadku grypy sezonowej, będą to również statystyczne dane szacunkowe.

Dla Polski takie dane zbiera i tworzy Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego, w ramach Państwowego Zakładu Higieny. Na jego stronach dające do myślenia wykresy przedstawiające m.in. zapadalność na grypę w Polsce, w latach 1975 – 2008 oraz śmiertelność grypy w tym samym okresie.

Grypa w Polsce 1975 - 2008

Widać jasno, że jeśli chodzi o zdrowie publiczne to Polska w ciągu niecałych trzydziestu lat przebyła długą drogę. A najciekawsze w tym jest to, że panika siana przez media jest wprost odwrotnie proporcjonalna do zagrożenia grypą. Im grypa stawała się mniej groźna, tym bardziej rosła wolność słowa, a co za tym idzie swoboda, z jaką media straszą grypą.

Według danych z 23.12.2009 liczba wychwyconych przypadków grypy H1N1 w Polsce do tej pory wyniosła 2223, zgonów odnotowano 116.

Na podstawie WHO i NIZP

Tagi: grypa H1N1 WHO
00:12, apocalypse_rider , Zaraza
Link Komentarze (2) »
środa, 30 grudnia 2009

Mapa piractwa na świecie 2009 vs 2008, za IMB

Piraci znaleźli odpowiedź na rosnącą w Zatoce Adeńskiej obecność okrętów sił morskich państw Zachodu oraz innych państw.  Na wodach zatoki  w tej chwili znajduje się 7 okrętów Unii Europejskiej (operacja „Atalanta”), kilkanaście jednostek chińskich i kilkadziesiąt z wielu różnych krajów (Combined Task Force 150, Combined Task Force 151), a w marcu 2010 na wodach wokół Rogu Afryki pojawi się jeszcze 5 okrętów NATO (operacja „Allied Protector”).  W sumie mowa o co najmniej 40 okrętach wojennych.

Z tego powodu bandyci zmieniają obszar działań i coraz głębiej zapuszczają się w Ocean Indyjski. Odnotowano już atak nawet 1000 mil morskich (1609 km) od brzegów Somalii.  Brytyjski minister spraw zagranicznych Milliband ocenił, że tym samym antypirackie działania natrafiły na barierę, gdyż nie da się skutecznie chronić olbrzymich przestrzeni otwartego oceanu (Reuters). Notabene, porwany niedawno brytyjski chemikaliowiec „St. James Park” (z Polakiem wśród załogi) został zaatakowany 800 mm od wybrzeży Somalii, 180 mm na północ od Seszeli.

Jak ocenia blog Information Dissemination, działania podejmowane przez marynarki wojenne rozmaitych krajów są nieracjonalnie drogie i nieskuteczne. Sama UE na działania EU Navfor wydaje rocznie 736 milionów $. Do tego należy doliczyć koszty operacji NATO, USA i innych krajów. Oznacza to, że całkowite koszty działań antypirackich wynoszą prawdopodobnie grubo ponad 2 miliardy dolarów. Jednak koszty okupów wypłacanych piratom to suma nie większa niż 100 milionów dolarów, czyli stanowiąca nie więcej niż 5% kosztów działań antypirackich. Pytanie ile zdołaliby piraci zarobić, gdyby nie okręty wojenne Zachodu? Reuters podaje, że w 2009 roku piraci u wybrzeży Somalii atakowali 174 razy, z czego 35 (inne źródła mówią o czterdziestu kilku) statków udało im się zająć. Jednak warto pamiętać, że jakaś liczba ataków pirackich nie jest nigdzie zgłaszana (patrz choćby: Raport korporacji RAND z 2008 r.).

Świat nie tylko nie ma planu, jak poradzić sobie z piractwem somalijskim. Nie wiadomo nawet, w jaki sposób piraci działają. Analitycy z biura wywiadu amerykańskiej marynarki wojennej (ONI) w listopadzie (PAWW report 5-12 November) uznali, że pirackie ataki są losowe i prowadzone bez wcześniejszego rozpoznania. Tę ocenę w jakiejś mierze potwierdził niedawny incydent, gdy kilka łodzi pirackich w nocy omyłkowo zaatakowało okręt wojenny marynarki francuskiej. Jednak inni eksperci (patrz: tekst na łamach Armed Forces Journal) zwracają uwagę, że współczesne technologie służące bezpieczeństwu mogą być skutecznie wykorzystane przez piratów w odwrotnym celu. Urządzenia AIS (Automatic Identification System) oraz LRIT (Long Range Identification and Tracking), z jednej strony sprawiają, że uczestnicy ruchu morskiego lepiej się identyfikują momentalnie odczytując swój rozmiar, prędkość czy kurs. Z drugiej jednak strony piraci też mogą „wejść do systemu” i w listopadzie 2008 po porwaniu wielkiego tankowca „Sirius Star” niektórzy analitycy podejrzewali, że przestępcy skorzystali właśnie z urządzeń AIS.

Jest popyt, pojawiła się więc też i podaż. Kolejne firmy proponują armatorom fachową, uzbrojoną ochronę zdolną odeprzeć ataki piratów. Właściciele okrętów mogą wybierać, czy chcą na pokład wprowadzić drużynę strażników, czy może wynająć statki prywatnej eskorty. Takie oferty wypełniają ważną lukę, bo wbrew pozorom nie jest wcale łatwo o ludzi, którzy mają doświadczenie w działaniach na morzu i nawet profesjonalne agencje czy nawet korporacje ochroniarskie nie zawsze dysponują specjalistami od morskiej walki. Z uwagi na brak możliwości efektywnego zabezpieczenia olbrzymich przestrzeni Oceanu Indyjskiego przez marynarki wojenne wydaje się, że armatorzy jednostek w tym regionie coraz częściej zmuszeni będą korzystać z takich usług. Tym bardziej, że w przyszłości liczba ataków zapewne będzie rosła a większość z około 20 tys. okrętów przepływających wodami Zatoki Adeńskiej nie korzysta z eskorty wojskowej (Times).

Information Dissemination prognozuje, że problem somalijskiego piractwa będzie się pogłębiał, jeśli zamiast ustabilizować sytuację na lądzie świat ograniczy się do przysyłania kolejnych okrętów wojennych. Podobne wnioski można wysnuć z przywoływanego już wyżej raportu korporacji analitycznej RAND, która rozwój piractwa widzi w ścisłym związku przede wszystkim z brakiem rządów prawa, korupcją, łatwym dostępem do broni palnej oraz nasileniem ruchu morskiego. Ponieważ zaś sytuacja w Somalii jest daleka od poprawy i pozostaje ona jednym z najbardziej skorumpowanych i najsłabszych państw świata logiczne jest założyć, że piractwo w tym regionie w najbliższym czasie tylko wzrośnie.

W poniedziałek 28 grudnia piraci odebrali 4 miliony dolarów okupu za kolejne dwie jednostki, singapurski kontenerowiec oraz chiński masowiec. (Maritime Security Center).

wtorek, 29 grudnia 2009

Kilka godzin po publicznym pogrzebie komandosa, który oddał życie w walce z gangsterami ofiarą masakry padła jego rodzina. 30 letni Melquisedet Angulo Cordova zginął 16 grudnia od kul ochroniarzy bossa narkotykowego Arturo Beltrana Leyvy, gdy meksykańskie siły bezpieczeństwa próbowały zaaresztować go w mieście Cuernavaca (pisałem o tym tu: Był szefem „Pożeracza dzieci”). Po stronie rządowej zginął jeden komandos. W wyniku bitwy padł również sam boss oraz kilku jego bodyguardów (4 lub 6 zależnie od źródła).  

Po śmierci Beltrana Leyvy telewizja pokazywała miejsce, gdzie zginął oraz jego zwłoki z opuszczonymi spodniami, podziurawione kulami i obsypane pieniędzmi (co notabene przypomina sposób, w jaki swoje ofiary poniżają sami gangsterzy). Chcąc wykorzystać ten sukces propagandowo tak dalece, jak tylko się da władze meksykańskie uhonorowały także zabitego komandosa w wyjątkowy sposób. Jego pogrzeb stał się wydarzeniem publicznym i wbrew dotychczasowym regułom zostały upublicznione także informacje dotyczące rodziny.

W noc po pogrzebie młodego żołnierza pod dom jego rodziny podjechały trzy samochody z uzbrojonymi bandytami. Zabili matkę, siostrę, ciotkę oraz brata niedawno pochowanego komandosa. Los Angeles Times cytuje eksperta, który uważa, że była to osobista zemsta rodziny bossa za to, w jaki sposób został potraktowany oraz sygnał, że jeśli władze będą mocno uderzać w kartele, one odpowiedzą jeszcze mocniej. Wall Street Journal powołuje się na innych specjalistów, którzy obawiają się, że to zaledwie pierwszy atak z wielu i rodziny żołnierzy oraz policjantów staną się celem dla zabójców. New York Times dodaje, że tego należało się spodziewać, bo każdy możliwy cel dla zabójców będzie atrakcyjny i narkoterroryzm osiągnie wkrótce skalę ,wcześniej niespotykaną.

Historia ta wstrząsnęła nawet meksykańską opinią publiczną, która zetknęła się już z wieloma okropieństwami wojny z narkotykowym biznesem. Także i w Stanach Zjednoczonych przypadek Angulo Cordovy został zauważony przez największe media a Washington Post przy tej okazji przypomina, że 90% broni zarekwirowanej gangsterom w Meksyku pochodzi właśnie z USA.

Ameryka wspomaga Meksyk w walce z kartelami wysyłając sprzęt, instruktorów oraz dzieląc się informacjami z meksykańskimi służbami bezpieczeństwa. Wartość tej pomocy w zeszłym roku wyniosła 400 milionów dolarów.

Władze meksykańskie twierdzą, że zatrzymały już cztery osoby, które mają związek z zabójstwem rodziny komandosa. Dwie z aresztowanych osób wiozły pieniądze dla zabójców (Wall Street Journal), którzy jednakże wciąż znajdują się na wolności a ich tożsamość nie jest znana.  

Na podstawie Los Angeles Times, Washington Post, Wall Street Journal, New York Times

17:27, apocalypse_rider , Śmierć
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 grudnia 2009

Przeciwnuklearne drzwi wejściowe NORAD w górze Cheyenne

I jeszcze spóźniona świąteczna ciekawostka.

NORAD, czyli „Północnoamerykańskie dowództwo obrony powietrznej i kosmicznej” co roku bawi się tropienie na swoich radarach św. Mikołaja. Ta niezwykle poważna instytucja przez całe dziesięciolecia miała chronić USA i Kanadę przed radzieckim atakiem rakietowym. Dziś ma inne zadania, ale nieustannie od 54 lat w każde Boże Narodzenie oznajmia zauważenie niezidentyfikowanego obiektu, który wystartował z Bieguna Północnego. Mówiąc precyzyjnie chodzi o dziewięć niezidentyfikowanych obiektów latających holujących jeszcze jeden, znacznie od nich większy.  

„Kanadyjskie myśliwce CF-18 zbliżyły się na odległość wzroku do obiektów, przy czym najbardziej widoczny był obiekt znajdujący się na przedzie formacji, ze względu czerwone światło na nosie. Obiekty nie zdradzały wrogich zamiarów a jeden z pilotów CF-18 odnotował, że największy z wychwyconych obiektów życzył „Pokoju na ziemi  i dobrej woli wszystkim ludziom”. Ze swojego dowództwa w Cheyenne Mountain NORAD monitoruje przebieg wydarzeń, a całość można śledzić na serwisach Facebook, Twitter oraz Picasa.” (tekst w moim tłum. – podaję za Small Wars Journal).

Plakat Sears & Roebuck z 1955 rokuCała rzecz zaczęła się w 1955 roku, kiedy firma Sears Roebuck & Co. na ogłoszeniach wydrukowała zły numer telefonu i dzieci zamiast dodzwonić się do św. Mikołaja dodzwaniały się na telefon alarmowy dowódcy  CONAD (Continental Air Defense Command). Ten zapewne, aby nie sprawiać dzieciom zawodu kazał swoim podwładnym informować telefonujące osoby o tym, gdzie aktualnie znajduje się św. Mikołaj i jego sanie. W 1958 CONAD przekształciło się w NORAD, ale tradycja nie została zerwana.

Jak z dumą oznajmia dowództwo na swojej stronie internetowej, media z całego świata uważają NORAD za wiarygodne źródło informacji, co do tego, gdzie w Boże Narodzenie aktualnie znajduje się św. Mikołaj i dokąd leci. 

  

Na podstawie Small Wars Journal, NORADsanta.org i Wikipedia. Grafika ze strony NORADsanta.org

14:26, apocalypse_rider
Link Dodaj komentarz »

Sana - stolica Jemenu

Jemen, kraj leżący na Półwyspie Arabskim nad Zatoką Adeńską, przynajmniej od 2002 roku skupiał uwagę specjalistów od terroryzmu islamskiego. Media donoszą o coraz większym zaangażowaniu Al-Kaidy w tym kraju.

25 grudnia na pokładzie samolotu lecącego z Amsterdamu do Detroit, niejaki Abdul Faruk Abdulmutallab obywatel Nigerii próbował dokonać zamachu terrorystycznego przy pomocy substancji wybuchowych. Zamach, jak wiadomo, nie udał się, a mężczyzna po aresztowaniu w USA miał wyznać, że należy do Al-Kaidy a materiały do produkcji bomby oraz niezbędny trening otrzymał właśnie  Jemenie.

Poprzedniego dnia (24 grudnia) myśliwce sił powietrznych Jemenu zbombardowały kryjówkę, w której wierchuszka miejscowej Al-Kaidy urządziła sobie zebranie. Jedną z 34 ofiar ataku mógł być Ansar Al-Awlaki, słynny kaznodzieja islamski, który całe rzesze młodych muzułmanów namawia przez internet do męczeńskiej śmierci w imię dżihadu (Long War Journal). Al-Awlaki, który mieszkał Ameryce i Wielkiej Brytanii, skąd wyjechał do Jemenu, był autorytetem w sprawach wiary dla trójki zamachowców z 11 września oraz amerykańskiego majora Nidala Hasana, sprawcy ataku z Fortu Hood (czas przeszły w tym zdaniu ze względu na ich śmierć). Minister obrony Jemenu powiedział, że akcja była możliwa dzięki informacjom także od wywiadu amerykańskiego (Globalsecurity za VOA).

Nieco ponad tydzień wcześniej media poinformowały o amerykańskich pociskach, które w Jemenie zaatakowały cele nazwane przez przedstawicieli rządu USA „obozami terrorystów”. Telewizja Fox, podając za telewizją ABC mówi o amerykańskich atakach, jako wspomagających działania rządu jemeńskiego. W walce z Al-Kaidą Ameryka wspomaga Jemen jednak nie tylko taktycznie, ale również wysyłając pomoc wojskową, której wartość zdaniem Głosu Ameryki wynosi ok. 70 milionów dolarów.

Na podstawie Long War Journal, Security Crank, Fox News, Globalsecurity, Wall Street Journal

niedziela, 27 grudnia 2009

nagranie z serwisu włoskiej telewizji RAI24

Święta to znakomity czas, by wedrzeć się na czołówki gazet. Tak uważał nie tylko Abdul Faruk Abdulmutallab (The Times), który w Boże Narodzenie próbował zniszczyć samolot lecący z Amsterdamu do Detroit. Świątecznej ofensywy propagandowej dokonali także afgańscy talibowie. W nagraniu, wysłanym do mediów 25 grudnia talibowie zaprezentowali porwanego w czerwcu 2009 żołnierza amerykańskiego, niejakiego Bowe’a Bergdahla.

Amerykański jeniec do kamery przeczytał oświadczenie, w którym konflikt afgański porównuje do wojny w Wietnamie. Interwencję w Afganistanie nazywa także „nonsensem”, który skończy się tylko wtedy, gdy naród amerykański wreszcie stawi opór polityce własnego rządu (Głos Ameryki). Biuro NATO ds. komunikacji zrewanżowało się talibom nazywając ich oświadczenie „strasznym czynem”, gdyż żołnierz zapewne został zmuszony do przeczytania tekstu a wybranie przez rebeliantów akurat czasu Bożego Narodzenia świadczy o braku poszanowania przez nich tego święta, co jest również niezgodne z naukami Islamu (New York Times).

Na podstawie Long War Journal, Small Wars Journal i innych mediów.  

czwartek, 24 grudnia 2009

Suka Sabi wraz z instruktorem

Trudno się nie śmiać z takiej historii. Martine van Bijlert na łamach eksperckiego bloga Afghan Analysts Network opisała historię pewnego psa. Zaczęło się tak, że w trakcie potyczki z talibami wojskom australijskim stacjonującym w afgańskiej prowincji Uruzgan zaginął pies tropiący i stał się jeńcem talibów. Ich dowódca był niezwykle dumny z tego łupu i wszędzie ze zdobycznym psem chadzał, chwaląc się na lewo i prawo nabytkiem. Australijczycy tymczasem stęsknieni za ogoniastym towarzyszem zaaresztowali ojca wodza talibów i wysłali wiadomość, że oddadzą mężczyznę w zamian za psa. Jednak przywódca talibów odmówił! Nie było wyjścia i Australijczycy po paru dniach wypuścili ojca.

Minęło czasu "mało a wiele" i talibowi pies po prostu się znudził. Wysłał więc do Australijczyków  posłańca, którym był szanowany i siwobrody miejscowy urzędnik. W zamian za psa dowódca partyzantów żądał 10 000 $. Może to dziwne, ale starcowi wręczono żądaną sumę. Jednak po drodze, w raczej tajemniczych okolicznościach większość pieniędzy znikła zaś starzec nie umiał lub nie chciał opowiedzieć, co się z nimi stało. Dowódca talibów licząc na wypłatę zapowiedział, że ze względu szacunek wobec siwizny odda staremu 2 tys. dolarów, ale resztę to już bezwzględnie musi dostać. Stary widocznie się zapierał, że nie ma z czego, bo wciągnięta do sporu miejscowa starszyzna wydała werdykt o zamianie części długu na pszenicę. Krewni urzędnika pracujący przy rozdziale pomocy międzynarodowej z zagranicy zachachmęcili 60 porcji pszenicy i to miało starczyć za większość kwoty.

Tymczasem Australijczycy tak się ucieszyli z powrotu psa, że przyznali mu medal a gdy wojska odwiedził premier kraju, to pokazali go w telewizji koniecznie z odnalezionym psiakiem. Sabi, bo tak się nazywa rzeczona labradorka szukająca min i bomb, doczekała się nawet swojego hasła na Wikipedii.

Historię w tym kształcie opowiadają dobrze zorientowani lokalni mieszkańcy. W mediach ta sama historia brzmiała sucho i bez żadnych zabawnych akcentów (patrz: BBC czy News.com). Australijczycy chyba nie chcieli się przyznawać do zatrzymania ojca taliba, ani do wręczenia okupu za psa. Rzecznik wojsk australijskich publicznie oznajmił, że być może nigdy się nie dowiemy, co działo się z psem przez 14 miesięcy.

Na podstawie Afghan Analysts Network, BBC, News.com i Wikipedia  

środa, 23 grudnia 2009

Uwaga! Materiał wideo zawiera sceny drastyczne!

Oddział komandosów marynarki wojennej zastrzelił w mieście Cuernavaca jednego z trzech najbardziej poszukiwanych bossów narkotykowych w Meksyku. Kilkugodzinna bitwa sił specjalnych z gangsterami rozegrała się na zamkniętym, luksusowym osiedlu a w jej wyniku zginął Arturo Beltran Leyva oraz jego czterej ochroniarze. Po stronie rządowej zginął jeden komandos a dwaj zostali ranni.

Tydzień wcześniej komandosi meksykańskiej marynarki wojennej wtargnęli do miejscowości wypoczynkowej niedaleko Cuernavaca, gdzie zaaresztowali 11 żołnierzy kartelu Beltrana Leyvy oraz kilkadziesiąt innych osób.

Jak podaje Wall Street Journal operacja przeciw bossowi jednego z największych meksykańskich karteli narkotykowych rozpoczęła się około 5.00 rano. Komandosi przybyli helikopterami i opuszczając się na linach zabezpieczyli teren. Policja rozłożyła kolczatki na drogach oraz ustawiła blokady. Dwie godziny później gangsterzy otworzyli ogień w kierunku sił rządowych i rozpoczęła się walka.

Za Arturo Beltranem Leyvą wysłany był list gończy  a za informacje o miejscu pobytu władze oferowały nagrodę 2 milionów dolarów. Poszukiwany był także przez władze amerykańskie, które oskarżały go o przemyt 200 ton kokainy na teren USA. To przyniosło mu dochód 6 miliardów dolarów (Washington Post).

Specjaliści twierdzą, że śmierć Arturo Beltrana Leyvy nie wpłynie znacząco na losy tzw. wojny narkotykowej, którą przestępcy wypowiedzieli rządowi prezydenta Felipe Calderona. Na śmierci Beltrana najpewniej zyska jego główny wróg Joaquin „El Chapo” Guzman, jeden z najpotężniejszych i najbogatszych ludzi w Meksyku, głowa kartelu z Sinaloa. Agencja Reuters cytuje eksperta, którego zdaniem miejsce Beltrana może zająć jeden z jego zastępców, niejaki Sergio Villa Real, zwany „King Kongiem” lub „Pożeraczem dzieci”.

Na podstawie Reuters, Washington Post, Wall Street Journal

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20