Ostatnie notki
Zakładki:
Afganistan - co trzeba wiedzieć
Blogi i serwisy które czytam
Tagi
|
sobota, 02 stycznia 2010
Szef delegacji Reto Stocker ocenił, że w obecnej chwili Czerwony Krzyż stał się wiarygodny dla talibów. Organizacja planuje kolejne takie wizyty, by zapewnić jeńcom obydwu stron humanitarne traktowanie. Rzecznik Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża dodał również, że trwają starania, by dotrzeć do Bowe’a Bergdahla, amerykańskiego żołnierza porwanego przez talibów w czerwcu. Na podstawie Icrc.org, Al-Dżazira
piątek, 01 stycznia 2010
Kiedyś 110 terrorystów miesięcznie przedostawało się Iraku z Syrii. Dziś ta liczba spadła do 10. Tylu terrorystów nielegalnie przekracza granicę iracką, by prowadzić walkę z rządem oraz siłami amerykańskimi. Tak ocenił sytuację głównodowodzący armii amerykańskiej gen. David Petraeus. Liczby w jakiejś mierze potwierdzają słowa generała . W listopadzie 2009 ataki terrorystyczne zabiły najmniej Irakijczyków licząc od 2003 roku i wg strony icasualties.org było to 88 osób. Trend spadkowy patrząc rok do roku jest widoczny i choć w sierpniu 2009 zginęło aż 397 ludzi, to trzeba pamiętać, że w sierpień 2007 zamknął się liczbą prawie pięć cztery większą – 1598 ofiar. Zbliżone dane podaje strona iraqbodycount.org. Mimo tego terrorystom udaje się przeprowadzać krwawe zamachy destabilizujące sytuację w Iraku. Na początku grudnia w Bagdadzie wybuch samochodu pułapki zabił 127 osób raniąc 400 (Głos Ameryki). Minister spraw wewnętrznych Jawad al-Bolani kilka dni później przyznał, że siły bezpieczeństwa miały sygnały o zbliżającym się ataku, ale nieudolność aparatu władzy sprawiła, że zagrożenie zostało zlekceważone a informacje utknęły w labiryncie biurokracji. Władze irackie zatrzymały 13 osób podejrzewanych o związek z tym zamachem. Na podstawie Reuters, Voice of America i icasualties.org
Wartość narkotyków przemycanych z Afganistanu spadła w tym roku o 18%, podaje UN Office on Drugs and Crime (UNDOC). Wartość narkotykowego eksportu w 2008 roku wyniosła ok. 3,4 miliarda dolarów. W roku 2009 ta kwota szacowana jest na ok. 2,8 miliarda dolarów. Badanie Afghanistan Opium Survey tłumaczy ten fakt spadkiem upraw maku, mniejszą produkcją, niższymi cenami narkotyku oraz lepszą kondycją afgańskiej gospodarki. Liczba upraw maku zmniejszyła się o 22%, natomiast produkcja spadła o około 10%. O jedną trzecią spadła także liczba ludności zatrudnionej w przemyśle narkotykowym i w tej chwili jest to ponad półtora miliona ludzi. Szef UNDOC-u Antonio Mario Costa powiedział: „Mam nadzieję, że nowa Narodowa Afgańska Strategia Walki z Narkotykami (Afghan National Drug Control Strategy), która jest w trakcie przygotowań umocni sukces, który będzie możliwy, jeśli tylko rolnicy afgańscy będą mogli legalnie utrzymać rodziny, handlarze narkotykami utracą nietykalność a a ludność nie będzie musiała płacić łapówek, by mieć dostęp do podstawowych usług.” (tłum.własne). UNDOC szacuje, że rocznie z Afganistanu eksportowanych jest 900 ton opium i 375 ton heroiny. Zaledwie 2% rocznej produkcji jest przechwytywane przez władze. Dla porównania, w Kolumbii jest to aż 36%. Talibowie starają się kontrolować handel narkotykami i czerpać z niego dochody. Według UNDOC rebelianci talibscy od 2005 roku zarabiali nie mniej niż 90 milionów dolarów rocznie na kontroli handlu opium. Na podstawie Globalsecurity, UN News service i UNDOC
czwartek, 31 grudnia 2009
Ile osób zabija zwykła, sezonowa grypa a ile zabiła pandemia wirusa grypy H1N1? W Polsce podczas dopiero co wygasłej dyskusji na temat pandemii wiele osób z niedowierzaniem traktowało ostrzeżenia przed nowym typem grypy. Powodem tego były m.in. niewystarczające informacje na temat skali zagrożenia a zatem i śmiertelności. Wiele osób zapewne uznało, że brak danych jest dowodem na sztuczne rozdmuchanie problemu oraz spisek koncernów farmaceutycznych, chcących sprzedać szczepionki. Światowa Organizacja Zdrowia na swoich stronach internetowych opublikowała tymczasem ciekawy tekst wyjaśniający, dlaczego niezwykle trudno zestawić dane o śmiertelności „zwykłej” grypy oraz grypy wywoływanej przez wirusa H1N1. Streszczając jego sens: z grypą jest identycznie jak z opinią publiczną. Nikt nie wie, jaka jest naprawdę, bo jej obraz uzyskujemy z badań statystycznych. Generalnie rzecz biorąc liczba ofiar śmiertelnych tzw. grypy sezonowej, to nie liczba będąca efektem rejestracji przypadków, lecz liczba szacunkowa. Powstaje ona na podstawie modeli statystycznych, które mają wyjaśnić większą śmiertelność w okresach, gdy infekcje wirusowe są częstsze. Podczas epidemii grypy sezonowej około 90% jej ofiar to osoby starsze, które często cierpią na jeszcze jedną lub więcej przewlekłych chorób. I choć grypa może pogorszyć stan takiej osoby, przyczyniając się do śmierci, to w większości przypadków nie przeprowadza się testów na obecność wirusa grypy i takie zgony są kwalifikowane jako wynikające z ogólnie słabego stanu zdrowia. Tymczasem liczba zgonów wywołanych pandemią grypy zbierana przez władze konkretnych państw oraz WHO, to liczba potwierdzona laboratoryjnie. Jest ona oczywiście znacznie niższa, niż prawdziwa liczba ofiar pandemii. Ze względu na podobny przebieg obu rodzajów grypy lekarze często nawet nie podejrzewają infekcji wirusem typu H1N1. Tak przede wszystkim zdarza się w krajach rozwijających, gdzie częsta jest śmierć z powodu niewydolności oddechowej, z powodu zapalenia płuc. Co więcej, nie wszystkie testy na obecność wirusa H1N1 są równie wiarygodne. Wiele zależy od tego kiedy i w jaki sposób zostały pobrane próbki i często nawet w odpowiednio wyposażonych szpitalach wirus nie był wykrywany u pacjentów o wyraźnych i typowych objawach choroby. Z powyższych powodów zestawienia śmiertelności sezonowych epidemii oraz śmiertelności pandemii grypy nie są w stanie precyzyjnie pokazać społecznych konsekwencji choroby. To, co wiadomo to że, wirus H1N1 groźniejszy jest dla osób młodszych niż statystyczne ofiary grypy sezonowej. WHO generalnie ocenia zagrożenie pandemią jako umiarkowane (moderate impact) zaś więcej danych będzie dostępnych dopiero rok, lub dwa lata po tym, jak pandemia zbierze największe żniwo. Tak jak w przypadku grypy sezonowej, będą to również statystyczne dane szacunkowe. Dla Polski takie dane zbiera i tworzy Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego, w ramach Państwowego Zakładu Higieny. Na jego stronach dające do myślenia wykresy przedstawiające m.in. zapadalność na grypę w Polsce, w latach 1975 – 2008 oraz śmiertelność grypy w tym samym okresie.
Widać jasno, że jeśli chodzi o zdrowie publiczne to Polska w ciągu niecałych trzydziestu lat przebyła długą drogę. A najciekawsze w tym jest to, że panika siana przez media jest wprost odwrotnie proporcjonalna do zagrożenia grypą. Im grypa stawała się mniej groźna, tym bardziej rosła wolność słowa, a co za tym idzie swoboda, z jaką media straszą grypą. Według danych z 23.12.2009 liczba wychwyconych przypadków grypy H1N1 w Polsce do tej pory wyniosła 2223, zgonów odnotowano 116. Na podstawie WHO i NIZP
środa, 30 grudnia 2009
Piraci znaleźli odpowiedź na rosnącą w Zatoce Adeńskiej obecność okrętów sił morskich państw Zachodu oraz innych państw. Na wodach zatoki w tej chwili znajduje się 7 okrętów Unii Europejskiej (operacja „Atalanta”), kilkanaście jednostek chińskich i kilkadziesiąt z wielu różnych krajów (Combined Task Force 150, Combined Task Force 151), a w marcu 2010 na wodach wokół Rogu Afryki pojawi się jeszcze 5 okrętów NATO (operacja „Allied Protector”). W sumie mowa o co najmniej 40 okrętach wojennych. Z tego powodu bandyci zmieniają obszar działań i coraz głębiej zapuszczają się w Ocean Indyjski. Odnotowano już atak nawet 1000 mil morskich (1609 km) od brzegów Somalii. Brytyjski minister spraw zagranicznych Milliband ocenił, że tym samym antypirackie działania natrafiły na barierę, gdyż nie da się skutecznie chronić olbrzymich przestrzeni otwartego oceanu (Reuters). Notabene, porwany niedawno brytyjski chemikaliowiec „St. James Park” (z Polakiem wśród załogi) został zaatakowany 800 mm od wybrzeży Somalii, 180 mm na północ od Seszeli. Jak ocenia blog Information Dissemination, działania podejmowane przez marynarki wojenne rozmaitych krajów są nieracjonalnie drogie i nieskuteczne. Sama UE na działania EU Navfor wydaje rocznie 736 milionów $. Do tego należy doliczyć koszty operacji NATO, USA i innych krajów. Oznacza to, że całkowite koszty działań antypirackich wynoszą prawdopodobnie grubo ponad 2 miliardy dolarów. Jednak koszty okupów wypłacanych piratom to suma nie większa niż 100 milionów dolarów, czyli stanowiąca nie więcej niż 5% kosztów działań antypirackich. Pytanie ile zdołaliby piraci zarobić, gdyby nie okręty wojenne Zachodu? Reuters podaje, że w 2009 roku piraci u wybrzeży Somalii atakowali 174 razy, z czego 35 (inne źródła mówią o czterdziestu kilku) statków udało im się zająć. Jednak warto pamiętać, że jakaś liczba ataków pirackich nie jest nigdzie zgłaszana (patrz choćby: Raport korporacji RAND z 2008 r.). Świat nie tylko nie ma planu, jak poradzić sobie z piractwem somalijskim. Nie wiadomo nawet, w jaki sposób piraci działają. Analitycy z biura wywiadu amerykańskiej marynarki wojennej (ONI) w listopadzie (PAWW report 5-12 November) uznali, że pirackie ataki są losowe i prowadzone bez wcześniejszego rozpoznania. Tę ocenę w jakiejś mierze potwierdził niedawny incydent, gdy kilka łodzi pirackich w nocy omyłkowo zaatakowało okręt wojenny marynarki francuskiej. Jednak inni eksperci (patrz: tekst na łamach Armed Forces Journal) zwracają uwagę, że współczesne technologie służące bezpieczeństwu mogą być skutecznie wykorzystane przez piratów w odwrotnym celu. Urządzenia AIS (Automatic Identification System) oraz LRIT (Long Range Identification and Tracking), z jednej strony sprawiają, że uczestnicy ruchu morskiego lepiej się identyfikują momentalnie odczytując swój rozmiar, prędkość czy kurs. Z drugiej jednak strony piraci też mogą „wejść do systemu” i w listopadzie 2008 po porwaniu wielkiego tankowca „Sirius Star” niektórzy analitycy podejrzewali, że przestępcy skorzystali właśnie z urządzeń AIS. Jest popyt, pojawiła się więc też i podaż. Kolejne firmy proponują armatorom fachową, uzbrojoną ochronę zdolną odeprzeć ataki piratów. Właściciele okrętów mogą wybierać, czy chcą na pokład wprowadzić drużynę strażników, czy może wynająć statki prywatnej eskorty. Takie oferty wypełniają ważną lukę, bo wbrew pozorom nie jest wcale łatwo o ludzi, którzy mają doświadczenie w działaniach na morzu i nawet profesjonalne agencje czy nawet korporacje ochroniarskie nie zawsze dysponują specjalistami od morskiej walki. Z uwagi na brak możliwości efektywnego zabezpieczenia olbrzymich przestrzeni Oceanu Indyjskiego przez marynarki wojenne wydaje się, że armatorzy jednostek w tym regionie coraz częściej zmuszeni będą korzystać z takich usług. Tym bardziej, że w przyszłości liczba ataków zapewne będzie rosła a większość z około 20 tys. okrętów przepływających wodami Zatoki Adeńskiej nie korzysta z eskorty wojskowej (Times). Information Dissemination prognozuje, że problem somalijskiego piractwa będzie się pogłębiał, jeśli zamiast ustabilizować sytuację na lądzie świat ograniczy się do przysyłania kolejnych okrętów wojennych. Podobne wnioski można wysnuć z przywoływanego już wyżej raportu korporacji analitycznej RAND, która rozwój piractwa widzi w ścisłym związku przede wszystkim z brakiem rządów prawa, korupcją, łatwym dostępem do broni palnej oraz nasileniem ruchu morskiego. Ponieważ zaś sytuacja w Somalii jest daleka od poprawy i pozostaje ona jednym z najbardziej skorumpowanych i najsłabszych państw świata logiczne jest założyć, że piractwo w tym regionie w najbliższym czasie tylko wzrośnie. W poniedziałek 28 grudnia piraci odebrali 4 miliony dolarów okupu za kolejne dwie jednostki, singapurski kontenerowiec oraz chiński masowiec. (Maritime Security Center).
wtorek, 29 grudnia 2009
Kilka godzin po publicznym pogrzebie komandosa, który oddał życie w walce z gangsterami ofiarą masakry padła jego rodzina. 30 letni Melquisedet Angulo Cordova zginął 16 grudnia od kul ochroniarzy bossa narkotykowego Arturo Beltrana Leyvy, gdy meksykańskie siły bezpieczeństwa próbowały zaaresztować go w mieście Cuernavaca (pisałem o tym tu: Był szefem „Pożeracza dzieci”). Po stronie rządowej zginął jeden komandos. W wyniku bitwy padł również sam boss oraz kilku jego bodyguardów (4 lub 6 zależnie od źródła). Po śmierci Beltrana Leyvy telewizja pokazywała miejsce, gdzie zginął oraz jego zwłoki z opuszczonymi spodniami, podziurawione kulami i obsypane pieniędzmi (co notabene przypomina sposób, w jaki swoje ofiary poniżają sami gangsterzy). Chcąc wykorzystać ten sukces propagandowo tak dalece, jak tylko się da władze meksykańskie uhonorowały także zabitego komandosa w wyjątkowy sposób. Jego pogrzeb stał się wydarzeniem publicznym i wbrew dotychczasowym regułom zostały upublicznione także informacje dotyczące rodziny. W noc po pogrzebie młodego żołnierza pod dom jego rodziny podjechały trzy samochody z uzbrojonymi bandytami. Zabili matkę, siostrę, ciotkę oraz brata niedawno pochowanego komandosa. Los Angeles Times cytuje eksperta, który uważa, że była to osobista zemsta rodziny bossa za to, w jaki sposób został potraktowany oraz sygnał, że jeśli władze będą mocno uderzać w kartele, one odpowiedzą jeszcze mocniej. Wall Street Journal powołuje się na innych specjalistów, którzy obawiają się, że to zaledwie pierwszy atak z wielu i rodziny żołnierzy oraz policjantów staną się celem dla zabójców. New York Times dodaje, że tego należało się spodziewać, bo każdy możliwy cel dla zabójców będzie atrakcyjny i narkoterroryzm osiągnie wkrótce skalę ,wcześniej niespotykaną. Historia ta wstrząsnęła nawet meksykańską opinią publiczną, która zetknęła się już z wieloma okropieństwami wojny z narkotykowym biznesem. Także i w Stanach Zjednoczonych przypadek Angulo Cordovy został zauważony przez największe media a Washington Post przy tej okazji przypomina, że 90% broni zarekwirowanej gangsterom w Meksyku pochodzi właśnie z USA. Ameryka wspomaga Meksyk w walce z kartelami wysyłając sprzęt, instruktorów oraz dzieląc się informacjami z meksykańskimi służbami bezpieczeństwa. Wartość tej pomocy w zeszłym roku wyniosła 400 milionów dolarów. Władze meksykańskie twierdzą, że zatrzymały już cztery osoby, które mają związek z zabójstwem rodziny komandosa. Dwie z aresztowanych osób wiozły pieniądze dla zabójców (Wall Street Journal), którzy jednakże wciąż znajdują się na wolności a ich tożsamość nie jest znana. Na podstawie Los Angeles Times, Washington Post, Wall Street Journal, New York Times
poniedziałek, 28 grudnia 2009
I jeszcze spóźniona świąteczna ciekawostka. NORAD, czyli „Północnoamerykańskie dowództwo obrony powietrznej i kosmicznej” co roku bawi się tropienie na swoich radarach św. Mikołaja. Ta niezwykle poważna instytucja przez całe dziesięciolecia miała chronić USA i Kanadę przed radzieckim atakiem rakietowym. Dziś ma inne zadania, ale nieustannie od 54 lat w każde Boże Narodzenie oznajmia zauważenie niezidentyfikowanego obiektu, który wystartował z Bieguna Północnego. Mówiąc precyzyjnie chodzi o dziewięć niezidentyfikowanych obiektów latających holujących jeszcze jeden, znacznie od nich większy.
Jak z dumą oznajmia dowództwo na swojej stronie internetowej, media z całego świata uważają NORAD za wiarygodne źródło informacji, co do tego, gdzie w Boże Narodzenie aktualnie znajduje się św. Mikołaj i dokąd leci.
Na podstawie Small Wars Journal, NORADsanta.org i Wikipedia. Grafika ze strony NORADsanta.org
Jemen, kraj leżący na Półwyspie Arabskim nad Zatoką Adeńską, przynajmniej od 2002 roku skupiał uwagę specjalistów od terroryzmu islamskiego. Media donoszą o coraz większym zaangażowaniu Al-Kaidy w tym kraju. 25 grudnia na pokładzie samolotu lecącego z Amsterdamu do Detroit, niejaki Abdul Faruk Abdulmutallab obywatel Nigerii próbował dokonać zamachu terrorystycznego przy pomocy substancji wybuchowych. Zamach, jak wiadomo, nie udał się, a mężczyzna po aresztowaniu w USA miał wyznać, że należy do Al-Kaidy a materiały do produkcji bomby oraz niezbędny trening otrzymał właśnie Jemenie. Poprzedniego dnia (24 grudnia) myśliwce sił powietrznych Jemenu zbombardowały kryjówkę, w której wierchuszka miejscowej Al-Kaidy urządziła sobie zebranie. Jedną z 34 ofiar ataku mógł być Ansar Al-Awlaki, słynny kaznodzieja islamski, który całe rzesze młodych muzułmanów namawia przez internet do męczeńskiej śmierci w imię dżihadu (Long War Journal). Al-Awlaki, który mieszkał Ameryce i Wielkiej Brytanii, skąd wyjechał do Jemenu, był autorytetem w sprawach wiary dla trójki zamachowców z 11 września oraz amerykańskiego majora Nidala Hasana, sprawcy ataku z Fortu Hood (czas przeszły w tym zdaniu ze względu na ich śmierć). Minister obrony Jemenu powiedział, że akcja była możliwa dzięki informacjom także od wywiadu amerykańskiego (Globalsecurity za VOA). Nieco ponad tydzień wcześniej media poinformowały o amerykańskich pociskach, które w Jemenie zaatakowały cele nazwane przez przedstawicieli rządu USA „obozami terrorystów”. Telewizja Fox, podając za telewizją ABC mówi o amerykańskich atakach, jako wspomagających działania rządu jemeńskiego. W walce z Al-Kaidą Ameryka wspomaga Jemen jednak nie tylko taktycznie, ale również wysyłając pomoc wojskową, której wartość zdaniem Głosu Ameryki wynosi ok. 70 milionów dolarów. Na podstawie Long War Journal, Security Crank, Fox News, Globalsecurity, Wall Street Journal
niedziela, 27 grudnia 2009
nagranie z serwisu włoskiej telewizji RAI24 Święta to znakomity czas, by wedrzeć się na czołówki gazet. Tak uważał nie tylko Abdul Faruk Abdulmutallab (The Times), który w Boże Narodzenie próbował zniszczyć samolot lecący z Amsterdamu do Detroit. Świątecznej ofensywy propagandowej dokonali także afgańscy talibowie. W nagraniu, wysłanym do mediów 25 grudnia talibowie zaprezentowali porwanego w czerwcu 2009 żołnierza amerykańskiego, niejakiego Bowe’a Bergdahla. Amerykański jeniec do kamery przeczytał oświadczenie, w którym konflikt afgański porównuje do wojny w Wietnamie. Interwencję w Afganistanie nazywa także „nonsensem”, który skończy się tylko wtedy, gdy naród amerykański wreszcie stawi opór polityce własnego rządu (Głos Ameryki). Biuro NATO ds. komunikacji zrewanżowało się talibom nazywając ich oświadczenie „strasznym czynem”, gdyż żołnierz zapewne został zmuszony do przeczytania tekstu a wybranie przez rebeliantów akurat czasu Bożego Narodzenia świadczy o braku poszanowania przez nich tego święta, co jest również niezgodne z naukami Islamu (New York Times). Na podstawie Long War Journal, Small Wars Journal i innych mediów.
czwartek, 24 grudnia 2009
Trudno się nie śmiać z takiej historii. Martine van Bijlert na łamach eksperckiego bloga Afghan Analysts Network opisała historię pewnego psa. Zaczęło się tak, że w trakcie potyczki z talibami wojskom australijskim stacjonującym w afgańskiej prowincji Uruzgan zaginął pies tropiący i stał się jeńcem talibów. Ich dowódca był niezwykle dumny z tego łupu i wszędzie ze zdobycznym psem chadzał, chwaląc się na lewo i prawo nabytkiem. Australijczycy tymczasem stęsknieni za ogoniastym towarzyszem zaaresztowali ojca wodza talibów i wysłali wiadomość, że oddadzą mężczyznę w zamian za psa. Jednak przywódca talibów odmówił! Nie było wyjścia i Australijczycy po paru dniach wypuścili ojca. Minęło czasu "mało a wiele" i talibowi pies po prostu się znudził. Wysłał więc do Australijczyków posłańca, którym był szanowany i siwobrody miejscowy urzędnik. W zamian za psa dowódca partyzantów żądał 10 000 $. Może to dziwne, ale starcowi wręczono żądaną sumę. Jednak po drodze, w raczej tajemniczych okolicznościach większość pieniędzy znikła zaś starzec nie umiał lub nie chciał opowiedzieć, co się z nimi stało. Dowódca talibów licząc na wypłatę zapowiedział, że ze względu szacunek wobec siwizny odda staremu 2 tys. dolarów, ale resztę to już bezwzględnie musi dostać. Stary widocznie się zapierał, że nie ma z czego, bo wciągnięta do sporu miejscowa starszyzna wydała werdykt o zamianie części długu na pszenicę. Krewni urzędnika pracujący przy rozdziale pomocy międzynarodowej z zagranicy zachachmęcili 60 porcji pszenicy i to miało starczyć za większość kwoty. Tymczasem Australijczycy tak się ucieszyli z powrotu psa, że przyznali mu medal a gdy wojska odwiedził premier kraju, to pokazali go w telewizji koniecznie z odnalezionym psiakiem. Sabi, bo tak się nazywa rzeczona labradorka szukająca min i bomb, doczekała się nawet swojego hasła na Wikipedii. Historię w tym kształcie opowiadają dobrze zorientowani lokalni mieszkańcy. W mediach ta sama historia brzmiała sucho i bez żadnych zabawnych akcentów (patrz: BBC czy News.com). Australijczycy chyba nie chcieli się przyznawać do zatrzymania ojca taliba, ani do wręczenia okupu za psa. Rzecznik wojsk australijskich publicznie oznajmił, że być może nigdy się nie dowiemy, co działo się z psem przez 14 miesięcy. Na podstawie Afghan Analysts Network, BBC, News.com i Wikipedia
środa, 23 grudnia 2009
Uwaga! Materiał wideo zawiera sceny drastyczne!
Oddział komandosów marynarki wojennej zastrzelił w mieście Cuernavaca jednego z trzech najbardziej poszukiwanych bossów narkotykowych w Meksyku. Kilkugodzinna bitwa sił specjalnych z gangsterami rozegrała się na zamkniętym, luksusowym osiedlu a w jej wyniku zginął Arturo Beltran Leyva oraz jego czterej ochroniarze. Po stronie rządowej zginął jeden komandos a dwaj zostali ranni. Tydzień wcześniej komandosi meksykańskiej marynarki wojennej wtargnęli do miejscowości wypoczynkowej niedaleko Cuernavaca, gdzie zaaresztowali 11 żołnierzy kartelu Beltrana Leyvy oraz kilkadziesiąt innych osób. Jak podaje Wall Street Journal operacja przeciw bossowi jednego z największych meksykańskich karteli narkotykowych rozpoczęła się około 5.00 rano. Komandosi przybyli helikopterami i opuszczając się na linach zabezpieczyli teren. Policja rozłożyła kolczatki na drogach oraz ustawiła blokady. Dwie godziny później gangsterzy otworzyli ogień w kierunku sił rządowych i rozpoczęła się walka. Za Arturo Beltranem Leyvą wysłany był list gończy a za informacje o miejscu pobytu władze oferowały nagrodę 2 milionów dolarów. Poszukiwany był także przez władze amerykańskie, które oskarżały go o przemyt 200 ton kokainy na teren USA. To przyniosło mu dochód 6 miliardów dolarów (Washington Post). Specjaliści twierdzą, że śmierć Arturo Beltrana Leyvy nie wpłynie znacząco na losy tzw. wojny narkotykowej, którą przestępcy wypowiedzieli rządowi prezydenta Felipe Calderona. Na śmierci Beltrana najpewniej zyska jego główny wróg Joaquin „El Chapo” Guzman, jeden z najpotężniejszych i najbogatszych ludzi w Meksyku, głowa kartelu z Sinaloa. Agencja Reuters cytuje eksperta, którego zdaniem miejsce Beltrana może zająć jeden z jego zastępców, niejaki Sergio Villa Real, zwany „King Kongiem” lub „Pożeraczem dzieci”. Na podstawie Reuters, Washington Post, Wall Street Journal Talibowie penetrują zakazane dzielnice afgańskiej stolicy, pisze Times. Bojownicy talibscy nocami odwiedzają domy policjantów, żołnierzy czy urzędników rządowych i przybijają do drzwi listy z ostrzeżeniami. W slumsach Kabulu organizują fabryczki bomb, zbierają fundusze oraz żywność. Talibowie nie tylko atakują lub nękają sympatyków afgańskiego rządu, ale również zwalczają przestępczość. Times pisze o przypadku porwania syna bogatego handlarza herbatą z Kabulu. Gdy porywacze próbowali go przewieźć przez talibski posterunek na drodze pod Kabulem, partyzanci uwolnili chłopaka, bandytów poddali torturom i następnie publicznie powiesili na drzewie. Na jednym z trupów była kartka z napisem: ten sam los spotka wszystkich, którzy zajmują się porwaniami dla zarobku. Handlarz w podzięce za oswobodzenie syna podarował talibom 200 tys. dolarów. Więcej na stronach Timesonline.co.uk
wtorek, 22 grudnia 2009
Brytyjscy, amerykańscy oraz afgańscy żołnierze sił specjalnych wejdą w skład nowej jednostki na południu kraju, której zadaniem będzie zabijanie talibskich dowódców oraz budowniczych bomb. Akcja rozpocznie się za kilka tygodni – twierdzi Daily Telegraph, a Brytyczycy otrzymali zadanie wyeliminowanie talibskiego dowództwa średniego szczebla. Polowanie na talibskich dowódców będzie wstępem do większej operacji przeciw partyzantom w centralnym rejonie prowincji Helmand. Daily Telegraph pisze, że do działań w prowincji Helmand Amerykanie delegowali żołnierzy z elitarnej Delta Force. Skuteczność działań ma zapewnić także udział ATF, czyli Afghan Territorial Force, miejscowej formacji bardzo dobrze ocenianej przez zachodnie wojska. Tymczasem zdaniem amerykańskiej gazety Los Angeles Times siły specjalne w ten sposób działają już od kilku miesięcy, choć początkowo nie było to rozgłaszane. Faktycznie, w sieci można znaleźć informacje o akcjach tego typu. Przykładowo, parę dni temu afgańskim i amerykańskim siłom specjalnym bez jednego strzału udało się zaaresztować czterech talibskich dowódców w różnych częściach kraju (Defense.gov). Tym samym Amerykanie wdrożyli taktykę, którą z powodzeniem przetestowali już w Iraku. Działająca tam Task Force Black zabiła m.in. szefa Al-Kaidy na Irak, niejakiego Abu Musabę Al-Zarkawiego. Tylko w listopadzie 2009 siły specjalne w Afganistanie przeprowadziły 90 akcji, których celem byli dowódcy talibscy. Robert Haddick na łamach Small Wars Journal przypomina także, że głównodowodzący siłami NATO w Afganistanie generał Stanley McChrystal sam przez wiele lat był szefem „Połączonego dowództwa operacji specjalnych” (Joint Special Operations Command), czyli jednostki zajmującej się przeprowadzaniem najtrudniejszych akcji. Nic więc dziwnego, że w sytuacji krytycznej sięgnął po narzędzie, które ceni i z którego umie korzystać. Trzy miesiące temu na wojskowym blogu USA and USMC Counterinsurgency blog pojawił się tekst wzywający do utworzenia specjalnych jednostek, które miałyby działać mniej więcej tak, jak to przedstawił Quentin Tarantino w niedawnym filmie „Bękarty wojny”. Propozycja ta krytycznie została zrecenzowana na innym, wpływowym, eksperckim blogu Flit, (o szczegółach propozycji oraz krytycznej odpowiedzi pisałem tu: Generał Quentin Tarantino). Na filmie grupa amerykańskich ochotników zabija nazistów prowadząc działania głęboko za linią frontu. W rzeczywistości miałoby to wyglądać tak, że przebrani komandosi podróżowaliby afgańskimi szosami, napadając na niczego nie spodziewających się talibów, którzy organizują blokady na drodze i nakładają podatki na kierowców, tudzież szukają urzędników rządowych. Jak widać, mimo przekonującej i fachowej krytyki Flit’a propozycja nie była do końca wyssana z palca. Na podstawie Daily Telegraph, Los Angeles Times, Defense.gov i Small Wars Journal
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Nie rakietowy atak jądrowy, ale terrorystyczny zamach z użyciem bomby atomowej - New York Times informuje, że administracja prezydenta Obamy właśnie to zagrożenie definiuje jako najważniejsze dla polityki bezpieczeństwa atomowego. Ocena zagrożeń zawarta w tajnym dokumencie, który powstanie pod koniec tego roku, będzie miała wpływ na wiele sfer polityki obronnej USA. Począwszy od liczby głowic atomowych, skończywszy na budżetach konkretnych agencji zajmujących się bezpieczeństwem państwa. Więcej funduszy otrzymają projekty zwiadowcze (satelity, agenci), mniej pójdzie na inwestycje takie jak łodzie podwodne, samoloty czy rakiety. To znacząca różnica w porównaniu z poprzednią oceną zagrożeń dokonaną przez administrację Busha. Według zaleceń sformułowanych w tamtej ocenie, USA miały inwestować w rozwój nowych broni atomowych, zdolnych niszczyć podziemne bunkry i urządzenia w krajach takich jak Korea Płn., Iran, Irak, Syria czy Libia. Informatorzy New York Timesa spodziewają się też zmian, jeśli chodzi o doktrynę uderzenia odwetowego. Wszak jeśli najważniejszym wrogiem są terroryści z dostępem do broni atomowej, to mówiąc skrótowo: po ataku nie ma kogo zbombardować w odwecie. Więcej na stronach New York Times
O „niepokojącym sojuszu Al-Kaidy oraz międzynarodowych handlarzy narkotykami” mówił w ostatni piątek amerykański prokurator Preet Bharara (Washington Post). Wystąpienie prokuratora było wstępem do procesu trzech mężczyzn aresztowanych w Afryce i przywiezionych następnie do USA. Tam zostali oskarżeni o spiskowanie w celu przemytu kokainy. Antynarkotykowa agencja DEA we współpracy z policją afrykańskiego kraju Ghana zorganizowała prowokację. Agenci amerykańscy udając przedstawicieli FARC, czyli kolumbijskiej zbrojnej organizacji przestępczej, wydobyli z aresztowanych informacje o działalności ich siatki, współpracy z Al-Kaidą oraz wrogim stosunku wobec Stanów Zjednoczonych. Tego rodzaju przykrywka nie była przypadkiem. Kraje zachodniej Afryki są intensywnie penetrowane przez mafie południowoamerykańskie, które ten region traktują jako punkt przerzutowy narkotyków na drodze do Europy Zachodniej (patrz: raporty UNDOC). W 2007 roku dwaj przedstawiciele FARC zostali aresztowani w Gwinei-Bissau Działalność wieloosobowej grupy przestępczej, którą reprezentowali schwytani rozciąga się na terytorium kilku krajów afrykańskich: Togo, Ghany, Burkina Faso i Mali. Lider aresztowanych mężczyzn agentom chwalił się także, że w przeszłości współpracował z Al-Kaidą przemycając narkotyki i ludzi. Nie byłby to wcale pierwszy przypadek takiej współpracy. Los Angeles Times przypomina, że zamachy w Madrycie w 2004 roku finansowała stowarzyszona z Al-Kaidą organizacja północno-afrykańska, której fundusze pochodziły z handlu haszyszem i tabletkami ecstasy. Sojusze między terrorystami a przestępcami są efektem dość prostego faktu operowania jednych i drugich w tym samym miejscu oraz czasie. Zarówno przestępcy jak i terroryści działają w konspiracji oraz mają tych samych przeciwników, twierdzą przedstawiciele Drug Enforcement Agency. Standing Group On Organised Crime Blog ironicznie zauważa, że ten przypadek mediom posłuży do udowodnienia dowolnej wręcz tezy na temat Al-Kaidy. Nieufność wobec tego rodzaju informacji faktycznie jest uzasadniona, bo wyglądają one jak produkt marzeń PR-owca amerykańskiej administracji. Warto jednak dodać, że konwergencja organizacji terrorystycznych i narkotykowych obserwowana jest i w innych rejonach globu (Ameryka Płd., Af/Pak) a potwierdzają ją raporty choćby UNDOC (ONZ-owskiego biura ds narkotyków i przestępstw). Na podstawie Washington Post, New York Times, Los Angeles Times, BBC oraz Standing Group On Organised Group Blog | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||