Śladami Wojny, Śmierci, Zarazy i Głodu

Naukowcy idą na wojnę (2)

Marzeniem Ameryki jest to, by Afgańczycy sami zaczęli walczyć z talibami. Podobnie jak w Iraku, ważnym krokiem w kierunku zduszenia rebelii, a na pewno w kierunku zmniejszenia liczby amerykańskich ofiar, byłoby stworzenie plemiennych milicji. Uzbrojone oraz zorganizowane plemiona tworzyłyby pierwszą linię frontu walki z rebelią.

W Iraku lokalne społeczności zostały zorganizowane w ramach ruchu „Przebudzenie, opłacanego początkowo przez USA, a teraz przez rząd iracki. Bojownicy ruchu, przedtem strzelający do Amerykanów, gdy otrzymali pieniądze oraz szansę na bardziej unormowane życie, dość chętnie zaczęli strzelać do rebeliantów oraz terrorystów.  Liczba ofiar amerykańskich drastycznie spadła.

Wśród specjalistów zdania są jednak podzielone co do tego, czy w Afganistanie sprawdzą się rozwiązania z powodzeniem przetestowane w Iraku. Jak mobilizować Afgańczyków do walki z talibami?

Steven Pressfield na swoim blogu gorąco promuje ideę milicji plemiennych w Afganistanie. Jako dowód ich skuteczności wskazuje przykład doliny Zazai w prowincji Paktija, gdzie charyzmatyczny wódz Ajmal Chan doprowadził 11 plemion do zawiązania koalicji i utworzenia milicji strzegącej porządku. Kłopot jednak w tym, że sam wódz jest raczej niepowtarzalnym przypadkiem w Afganistanie i to nie dlatego, że zorganizował plemienną milicję, zwalczającą talibów. Przede wszystkim jest wyjątkiem, bo ma również kanadyjskie obywatelstwo, kształcił się w Kanadzie i mówi świetnie po angielsku.

Z rozmów z Wodzem Zazajów (Interviews with Tribal Chief) wynika, że uzbrojona milicja plemienna działa w niekorzystnych warunkach, nie mając poza siłami NATO żadnego sojusznika. Wszyscy pozostali są albo graczami neutralnie nastawionymi (miejscowa policja), albo umiarkowanie niechętnymi (rząd w Kabulu), albo rzecz jasna wrogami (talibowie, gangi przestępcze, watażkowie). W świetle poniższego cytatu, można chyba do tej liczby wrogów doliczyć nawet miejscowego gubernatora oraz administrację lokalną:

„Gubernator jest z Hezb-i-Islami, partii politycznej posłusznej niejakiemu Gulbuddinowi Hekmatjarowi – byłemu dowódcy wojskowemu i watażce. Gubernator jest też człowiekiem skorumpowanym. Od każdej budowy w prowincji Paktija bierze 20%. Podobnie i administrator dystryktu. Ten jest tak bardzo skorumpowany, że wodzowie plemion wielokrotnie, publicznie ubliżali mu w obecności wszystkich Zazajów. On jednak o to nie dba. Korupcja gnieździ się w każdej komórce jego ciała i wszędzie widzi tylko pieniądze.”

Afganistan jednak to nie Irak. Tutaj mozaika lokalnych społeczności nie układa się w strukturę hierarchiczną. Brakuje liderów, którzy mogliby stać się filarami nowej, plemiennej konstrukcji – twierdzi ekspercki blog Ghosts of Alexander. Zamiast przywódców religijnych czy plemiennych Afganistanem rządzą watażkowie, generałowie dowodzącymi bojowymi organizacjami, działającymi na granicy a często i poza granicą prawa. Jeśli już udaje się na danym terenie zidentyfikować lokalnego przywódcę, który nie jest ani talibem, ani samozwańczym generałem-przestępcą, to nie jest wcale pewne, że owa osoba zapragnie swój autorytet położyć na szali i zagrać w tej samej drużynie, co skorumpowany rząd centralny oraz cudzoziemcy. Notabene, rząd również nie pragnie dzielić się skromną władzą z plemionami.

Jeszcze śmielsze tezy stawia niedawno opublikowany raport Humane Terraine Teams. Owe Humane Terraine Teams to niewielkie wojskowe zespoły zwiadowcze, w których składzie znajdują się albo antropolodzy kulturowi (najlepiej znający się na Afganistanie), albo inni przedstawiciele nauk społecznych. W odtajnionym raporcie z września 2009 eksperci z HTT zdecydowanie zaprzeczają podobieństwom między Irakiem a Afganistanem. Przynależność plemienną, etniczną określają jako jedną z wielu możliwych płaszczyzn autoidentyfikacji każdego Afgańczyka, w dodatku wcale nie jedną ważniejszych.

Nawet na bardziej konserwatywnym południu Afganistanu hołdujący tradycji Pasztuni nie są zorganizowani w plemiona mające polityczny wymiar i samoświadomość. W odniesieniu zaś do północy kraju, gdzie żyją Uzbecy i Tadżykowie, używanie takich kategorii jak „plemię” zdaniem raportu jest równie sensowne, jak próba opisania współczesnej Francji za pomocą analizy tożsamości plemiennej.

Zamiast przekupywania czy przeciągania na swoją stronę liderów plemiennych, raport zaleca szczegółowe rozpoznanie każdego obszaru osobno, bo nie istnieje tu uniwersalna droga na skróty.  Złożoność sytuacji dobrze opisuje arabskie przysłowie: Ja przeciw mojemu bratu. Ja z bratem przeciw kuzynowi. Mój kuzyn, mój brat i ja przeciw obcym.

Zależności rodzinne, czy klanowe wśród Pasztunów nie przekładają się łatwo na bardziej ogólne plemienne relacje. Po części wiąże się to z problemem niedostatku ziemi uprawnej, która dzielona jest między męskich spadkobierców, pochodzących od wspólnego dziadka ze strony ojca. Często bywa też tak, że wąskie skrawki, cennej ziemi uprawnej podzielonej między krewnych, przylegają do siebie zaś w społeczeństwie bez sprawnie działających instytucji regulujących konflikt, byle sprzeczka sąsiedzka o miedzę zamienia się w krwawą wendettę w rodzinie. Nieprzypadkowo słowo „tarbur” w języku Paszto, jak podaje raport, oznacza i kuzyna i jednocześnie wroga.

Eksperci Humane Terrain Teams szacują, że 80% zbrojnych konfliktów destabilizujących sytuację w kraju, to konflikty wewnątrz lokalnych społeczności. Pozostałe 20% to sytuacje, gdzie zderzają się dwie, różne społeczności. W większości sytuacji przedmiotem konfliktu są pieniądze lub ziemia a ścierające się grupy są relatywnie nieduże. Wojna w Afganistanie, jako stan ogólnego chaosu, w którym na rozmaitych teatrach działań operują rozmaite, uzbrojone siły,  w pewnym sensie jest więc wojną w rodzinie.

Próbą wyjścia z tego impasu jest program nazywający się Community Defense Initiative. Setki milionów dolarów mają zostać wydane na stymulowanie lokalnych społeczności - konkretnych wiosek czy miasteczek, by formowały swego rodzaju straż sąsiedzką czy milicję ludową. Pieniądze jednak nie trafią do kieszeni "milicjantów" czy ich dowódców. Społeczności, które powołają własną straż strzegącą spokoju i odpędzającą talibów otrzymają nagrodę w postaci zbudowanych dróg, szkół, szpitali czy podarowanego paliwa - pisze USA Today. Nacisk wywierany jest więc na całą społeczność a nagroda trudna do zdefraudowania.

Kogo ciekawi cały raport HTT, może go przeczytać w łączu poniżej.

 

My Cousin’s Enemy is My Friend: A Study of Pashtun “Tribes”

 

Na podstawie Ghosts of Alexander, Steven Pressfield Blog, USA Today oraz raportu US Army